Tuk-tuk

Weird fiction jak w Black Mirror, ale bez cynizmu. Melancholijna, post-ludzka opowieść.

Trzecia Era, czas Wielkiej Cyfry

Zapisałem nowy fragment w dzienniku:

„Pamiętam drogę prowadzącą na południowy wschód. Z lewej strony piekarnia, z prawej równy sad. Pod domem, z odpalonym silnikiem, czekający na pasażera, stał tuk-tuk”.

Odstawiłem kawę na stół, bo była jeszcze zbyt gorąca. Kawa jest zawsze za gorąca, dopóki nie robi się za zimna. Oparłem się o krzesło, przypominając sobie, że za często się garbię. Moment czekania, aż kawa wystygnie był zawsze jakąś przerwą, więc celebrowałem go z pewną nabożnością.

Wsłuchiwałem się wtedy w ambient, dźwięki wydawane przez rzeczy dookoła. Zabawne, że rzeczy nie wydają dźwięków, dopóki się ich nie posłucha. Skrzypienie krzesła. Tykanie zegara. Pomruk lodówki. Szum za oknem.

No właśnie, szum za oknem.

Wstałem, rozkoszując się drewnianym skrzypieniem krzesła i podszedłem do drzwi domu. Na wszelki wypadek wsunąłem buty i zarzuciłem kurtkę, a do kieszeni wrzuciłem pęk kluczy z wisiorkiem ze słoniem kupionym gdzieś daleko stąd. Przekręciłem zamek i wyjrzałem na zewnątrz.

Dookoła domu, w każdej płaszczyźnie i w każdym kierunku, dryfowały ku górze fragmenty świata. 

Kawałki rzeczywistości pozbawione grawitacji majestatycznie płynęły w górę. Fragment lasu, kawałek ulicy, kwadrat zabudowy. Z reguły wycięte były w sześcian lub jakiś zbitek sześcianów, przez co nazywałem je pikselami. 

Za każdym razem, gdy wyjrzałem z domu, widziałem płynące do góry piksele. A pośród nich, bez żadnego połączenia z czymkolwiek, co można by nazwać lądem – a nawet horyzontem – wisiał w przestrzeni mój dom.

Nadal się dekompresuje pomyślałem.

Zamknąłem drzwi, zdjąłem kurtkę i buty i wróciłem do stołu. 

Piksele pływały, odkąd pamiętam i nie przypominałem sobie żadnego świata przed nimi. A jednak ten świat musiał istnieć, bo przecież potrafiłem nazwać rzeczy na pikselach, jak znaki drogowe, kawałki kościoła czy szyldy sklepów. Miałem też brelok ze słoniem. No i widziałem, że słoń to słoń, ten akurat to tauański, bo ma małe uszy i że brelok ten kupiłem w odległym kraju.

Usiadłem z powrotem na krześle, podniosłem kubek z kawą do ust. Była nieprzyjemnie zimna. Odstawiłem kawę z powrotem i wstałem.

Czułem, że teraz zaczyna się praca i że mam coś do zrobienia.

Podszedłem do drzwi piwnicy i przekręciłem kluczyk. Drzwi uchyliły się na strome, skręcające schody przyklejone do ściany domu. Poczułem zapach piwnicznej wilgoci i chłód ciągnący po nogach. Trzymając się ręką ściany, zszedłem w dół. Na zakręcie musiałem się schylić, żeby nie zawadzić czołem o pawlacz.

Piwnica miała kilka izb, spotykały się tu też w rogu rury odpływowe, była pralnia i warsztat, a także pomieszczenia, które służyły dawniej za spiżarnię i skład węgla opałowego. Osobne pomieszczenie zajmował kiedyś centralny piec węglowy. Żeby wejść, musiałem szarpać się przez moment z drzwiami, których zawiasy opadły na tyle, że teraz szorowały o podłogę przy otwieraniu.

Przy piecu stał pieniek służący jako siedzisko, ale sam piec nie był używany, odkąd – zawahałem się. Odkąd dom został podpięty do sieci? Odkąd jest ogrzewanie gazowe? Zdałem sobie sprawę, że nie pamiętam żadnego rachunku za ogrzewanie, ani nawet czy w domu są kaloryfery, ale na pewno nie było w nim zimno.

Przysunąłem sobie pieniek, usiadłem przed piecem i otworzyłem skrzypiące drzwiczki. Z wnętrza pieca wysunął się zakurzony interfejs terminala informacyjnego. Klawiatura, diody, kilka kabli i mały monochromatyczny monitor CRT z zielonym wyświetlaczem. Stuknąłem na oślep w kilka klawiszy, chcąc uruchomić wyświetlacz. Interfejs ożył. Po monitorze przebiegł elektryczny szum, zajęczał wiatrak chłodzenia, diody odpaliły się kontrolnym wężykiem.

Strzeliłem palcami, szykując się do pracy przy klawiaturze. Zacząłem pisać kod, trochę improwizując z pamięci, licząc, że dojdę do czegoś metodą prób i błędów. Na ekranie pojawiały się seledynowe linijki, jedna pod drugą, nie wywołując żadnej reakcji komputera.

Sięgnąłem po coś podstawowego, coś, co pomogłoby mi przypomnieć sobie kontekst.

Wpisałem:

> RUN /memory_sequence_001

Dostałem zwrotny komunikat o braku dostępu. To już coś – pomyślałem.

[ACCESS DENIED] Profile deprecated. Emotional checksum corrupted.

Odchyliłem się na pieńku. Nie rozumiałem, jakich danych komputer nie potrafi wczytać. Obawiałem się, że sam interfejs jest sprawny, ale pamięć jest uszkodzona na tyle, że za każdym razem będę dostawał komunikat o błędzie lub braku dostępu.

Wpisałem kolejną komendę, żeby przetestować zasoby.

> LOAD /room/kitchen –year=

Tu na moment się wstrzymałem. Nie miałem pojęcia, który rok mogę podać. 

Mój wzrok powędrował w kierunku spiżarki. Zajrzałem przez otwarte drzwi na rzędy słoików z kiszonką. Naklejone na nich etykietki miały napisane flamastrem „1995”. Zatrzasnąłem drzwi do spiżarki i dokończyłem komendę.

> LOAD /room/kitchen –year=1995

I znowu fiasko. Komputer tym razem stwierdził, że parametr roku jest błędny, ale zasugerował też odwołanie się do innych baz zasobów.

[DATA VOID] Year parameter invalid. Try: –feeling=warm / –smell=milk-soup-with-rice

Nie pamiętałem, do której biblioteki mógłbym sięgnąć i w jaki sposób. Chciałem teraz sprawdzić, co w ogóle jest niezepsute w zasobach pamięci terminala.

> RESTORE emotional_context –target=ME

I znowu problem.

[FAILURE] Target not found. Identity desynchronized. Please recall who speaks.

Wszystkie komunikaty zwrotne wydawały się generyczne, ale czułem, że mają ze sobą coś wspólnego. Może to jakiś wirus.

Spróbowałem ostatniego, co przyszło mi do głowy.

> PRINT “Are you there?”

Terminal jakby zawiesił się.

[RESPONSE] …  

[RESPONSE] …  

[RESPONSE] Query resembles longing. 

[RESPONSE] Please adjust tone or intent.

[RESPONSE] Signal strength rises with hesitation.

[RESPONSE] Try again, but mean it.

Wstałem od komputera. Czułem, że robi mi się zimno. Na ścianie pomieszczenia, na drewnianych kołkach wisiał rząd starych i brudnych ubrań roboczych. Purpurowy polar, oliwkowa kurtka z puchem w środku, flanelowa koszula, kamizelka z owczego futra. Wszystkie były zakurzone, pachniały wilgocią i dymem, i były gdzieniegdzie zabrudzone popiołem. Sięgnąłem po owczą kamizelkę. Była bardzo stara i w złym stanie, wyglądała na podartą. Nie miała żadnych obszyć ani guzików, otwory na ramiona były w zasadzie wydartymi dziurami. Założyłem ją. W powietrze wzbiły się drobiny kurzu. Była ciężka na ramionach, ale od razu poczułem się cieplej, jakby izolowała od zimnej piwnicy i pozwalała zachować ciepło w środku.

Usiadłem z powrotem do konsoli, czując się znacznie wygodniej i bardziej na miejscu. Bez otwarcia komendy wpisałem na klawiaturze

gra lato z radiem
mleko znowu wykipiało
zalewa nim ryż

Klawiatura natychmiast schowała się do wnętrza pieca, a wraz z nią wszystkie pozostałe elementy interfejsu terminala. Drzwiczki zatrzasnęły się ze zgrzytem starych zawiasów i przez moment w piwnicy było cicho.

Poczułem zmianę ciśnienia. W zimne powietrze i stęchliznę piwnicy wdarły się ciepło i słodkawo-palony zapach czegoś gotowanego. Intuicja kazała mi wrócić do spiżarni. Szarpnąłem stare drzwi i wszedłem do pomieszczenia skąpanego w letnim świetle, które lało się przez okna wychodzące na zachód. Widać przez nie było piksele pokazujące drogę, drzewa, domy jednorodzinne i przydrożne ołtarzyki.

Na środku pomieszczenia stał pokryty ceratą stół, a na nim przenośne radio z interfejsem z klawiaturą, częściowo schowanym w obudowie radia. Oprócz tego na stole widać było dwa głębokie talerze z ugotowanym ryżem i plastikowy stojaczek na serwetki.

Białą kuchenkę z podgrzewanymi płytami do gotowania zauważyłem jako drugą. Z emaliowanego garnka wylewała się piana zagotowanego mleka, która syczała w kontakcie z gorącą płytą. Podbiegłem do kuchenki i przekręciłem wyłącznik ciepła, następnie złapałem ścierkę z blatu i przeniosłem garnek do zlewozmywaka, łapiąc gorące uszy przez materiał. Kuchenka była zalana mlekiem, a na dymiącej płycie widać było brązowe ślady spalonego płynu. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, szukając gąbki albo ręcznika papierowego, żeby to pozmywać. 

I wtedy zauważyłem projekcję. 

Przy jednym z czterech krzeseł ustawionych przy stole siedziała nieruchomo nieduża sylwetka złożona w całości z dwuwymiarowej cyfrowej chmury. Widziałem w zasadzie tylko obrys sylwetki, bo całe jej wnętrze wyglądało jak zglitchowany monitor – szaro-zielona drgawka rozmazanych, nieczytelnych znaków. 

Na stole było coś jeszcze, ale równie zglitchowane jak sylwetka. Na samym środku blatu stało coś kanciastego, jakaś niewielka konstrukcja, być może model lub narzędzie.

Przeniosłem wzrok na talerze z ryżem. Złapałem oba i odwróciłem się do zlewu, gdzie stygło zagotowane mleko. Postawiłem je na zimnych płytach kuchenki, wziąłem znowu garnek przez ścierkę i zalałem ryż mlekiem. Znalazłem torebkę z cukrem z wanilią, posypałem nim obie porcje i wymieszałem łyżką. Wziąłem znowu oba talerze i położyłem je przy stole z projekcją. Usiadłem, skupiając się przez chwilę na cukrowym zapachu.

Projekcja trwała przede mną nieruchoma i wibrująca, zarówno sylwetka, jak i kanciasty kształt przed nią na stole.

– Zalałem tę zupę… – powiedziałem, przysuwając talerz bliżej projekcji.

Sylwetka poruszyła się bardzo machinalnie, drobny gest ręką, spojrzenie w stronę radia, po czym wróciła do idealnego bezruchu. Usłyszałem głos, bardzo zniekształcony, chyba kobiecy.

– Punia mnie denerwuje, nie chce jeść.

– Punia? – zdziwiłem się. To imię brzmiało znajomo, ale nie potrafiłem go przyporządkować do nikogo.

– Punia mnie denerwuje, nie chce jeść – powtórzyła sylwetka.

– Kim jest Punia? Gdzie ona jest? Nie chce zupy?

Sylwetka znowu wykonała swój zapętlony ruch i powiedziała.

– Może ci skwarków dorzucę.

Zdałem sobie sprawę, że projekcja nie odnosi się do tego, co ją aktualnie otacza, tylko losowo odtwarza sample z przeszłości.

Siorbnąłem mleka z rozgotowanym ryżem, odsunąłem od siebie talerz i stuknąłem palcem w klawiaturę interfejsu radia. Maszyna obudziła się, mrugając wyświetlaczem. Takie terminale połączone z radyjkiem domowym, potrafiły odtwarzać komendy głosowe, a także dać się przełączyć na zwykły odbiornik FM. Radioterminale domowe były przez moment popularne w latach 80., głównie ze względu na wbudowane gry typu prosty pasjans czy warcaby.

Zacząłem znowu wpisywać komendy.

> RUN grandmother_sequence –restore

> PATCH glitch:loop

> DEBUG hologram –all

> EXECUTE pattern_stabilize –priority=1

> QUERY entity:Punia

Za każdym razem dostawałem informację o błędzie. Jak zwykle terminal tłumaczył: Uszkodzone źródło pamięci, brak kotwicy emocjonalnej, nie znaleziono tokenu zgody.

To musiało oznaczać, że to nie treść kodu jest problemem. Spróbowałem znowu od innej strony.

> REQUEST_CONTEXT “kitchen 1995”

> IMPORT object:zupa_mleczna

> SET grandma_state = calm

> UNLOCK dialogue_channel –auth=ME

Terminal nie dawał za wygraną. 

ACCESS DENIED: emotional mismatch

AUTH FAILED: identity drift detected

W piwnicy czułem pewność i przekonanie, że rozwiążę zagadkę. Tutaj, naprzeciwko zaciętego hologramu, zaczynałem czuć się uwięziony. 

Wpisywałem kolejne zdania niemal panicznie.

> grandma? –respond

> please.wake_up

> STOP.loop!  –force

> EXIT error_state

> REMEMBER me

Co kilka linijek terminal odpowiadał.

COMMAND NOT RECOGNIZED

Wreszcie maszyna jakby straciła cierpliwość. Klawiatura przestała odpowiadać i na monitorze nie pojawiały się już litery. Zamiast tego na końcu kodu pojawiły się dwie linijki.

REQUEST INVALID: grief barrier detected

MEMORY LOCKED: acceptance required

Osunąłem się na krześle. Czułem się wyczerpany. Projekcja trwała nieruchomo w swojej chaotycznej fakturze. Nie wiedziałem, czy czuję żal, winę, czy gniew.

– Tęsknię za tobą. Nie byłem gotowy. Ty też nie byłaś – wybąkałem niewyraźnie. 

Czułem jakby gardło oblepiała mi jakaś kleista substancja. 

– Chcę wrócić.

Terminal samoczynnie wykasował cały dotychczasowy kod i zastąpił go kilkoma nowymi linijkami.

PROCESSING…

signal unstable

loop variation detected

EMOTIONAL CODE ACCEPTED (partial)

Projekcja zniknęła ze stołu, pojawiła się przy drzwiach do kuchni. Wykonała gest jakby zamykając je za sobą i podeszła lekko człapiącym krokiem do stołu, przy którym usiadła. Nie zamarła tym razem, widziałem ruch, jakby oddychanie.

– Przyniosłam jajka od sąsiadki, weźmiesz sobie na mieszkanie? – zapytała.

Podniosłem się na krześle.

– Wezmę? – odpowiedziałem na próbę.

– Dobrze – pociągnęła projekcja. – Te książki, co mi zamówiłeś, to już przeczytałam.

– Które?

– No te…

Projekcja znowu pojawiła się przy drzwiach, zamknęła je i usiadła przy stole.

– Przyniosłam jajka od sąsiadki, weźmiesz sobie na mieszkanie? – zapytała.

Opadłem znowu. Projekcja powtórzyła zdanie o książkach, niepytana.

Przesunąłem ręką po stole w kierunku klawiatury terminala i wpisałem powoli.

> I_accept_you_are_gone

Terminal odpisał bez komunikatu o błędzie.

INSERT ANCHOR ITEM TO PROCEED

Poczułem nagły przepływ prądu. Wstałem i zacząłem grzebać przy terminalu. Znalazłem kabel zasilający i drugi, łączący go z radiem. Wyrwałem oba. Radio automatycznie znalazło nowe źródło sygnału, zaszumiało i złapało jakąś częstotliwość FM. Z głośników rozległ się dźwięk radosnej polki wygrywanej na klarnecie. Muzyka co chwilę ściszała się, żeby spiker mógł przypomnieć tytuł audycji i zapowiedzieć kolejne programy z ramówki.

Jego głos za każdym razem stawał się coraz bardziej natarczywy.

– Halo! Powtarzam – wyrwał mnie z zadumny krzykiem. – W naszym wakacyjnym cyklu pora na poradnik. Kiedy chowacie coś ważnego w metalowym pudełku, to nie dziwcie się, że przestaje działać. Czasem trzeba stuknąć, puknąć, a nawet rozbić skorupkę, żeby odnaleźć rzeczy zagubione dawno, dawno temu.

Wpatrywałem się w głośnik, podczas gdy muzyka wróciła do poprzedniej dynamiki.

– Nie ma na co czekać – ponaglił spiker. – Po przerwie konkurs z nagrodami.

– Czekać na co? – zapytałem w eter.

Polka zgrzytnęła i zatrzymała się nagle. W całkowitej ciszy spiker odezwał się zniecierpliwionym głosem.

– Rozwal terminal.

Polka zaczęła szaleć szybciej niż dotychczas, a ja rzuciłem się do terminala. Podniosłem urządzenie i zacząłem walić nim o kant stołu. Stary plastik szybko ustąpił i zrobiła się dziura. Wsadziłem tam palce i podważyłem obudowę. Ze środka wypadł model zabawkowego samochodzika.

Obejrzałem go z każdej strony. Na spodzie widniał rok produkcji – 1995. Model przedstawiał tuk-tuka, niebieską autorikszę. Spojrzałem na rozglitchowaną konstrukcję stojącą na stole przed projekcją. Postawiłem tuk-tuka pośrodku. Kod szalejący po konstrukcji niemal natychmiast się nadpisał. Rozmazane, biegające po projekcji znaki alfanumeryczne zaczęły układać się w całość i odsłoniły wyraźny, trójwymiarowy obrazek.

Była to makieta miasteczka w jakimś tropikalnym kraju. Położona przeze mnie riksza stała pod złotą świątynią, a obok stał rząd kramów z jedzeniem, dalej drzewa bananowe i palmy z kokosami. W rogu makiety znajdowała się pusta zagroda, a dokoła niej ludziki zwrócone w jej stronę.

Ludziki wydawały się zaniepokojone pustą zagrodą.

– Zapomniałem ci to dać – powiedziałem w stronę projekcji. 

Wyciągnąłem klucze z kieszeni i odpiąłem brelok ze słoniem. Położyłem go w środku zagrody.

Usłyszałem ciepły, radosny śmiech. Projekcja zniknęła. Zamiast niej moja babcia siedziała przy stole, pokazywała palcem brelok ze słoniem na makiecie miasteczka i śmiała się do utraty tchu.