Kapłani i poeci

Mistyczna fantasy w duchu Imienia róży, gdzie modlitwa ociera się o przemoc.

jesień 1030, Pierwsza Era

Trzy tygodnie temu Matka ostatni raz wyszła na dwór, by pomusztrować służbę. Potem położyła się już na dobre i przestała mówić. Nadzieja, że choroba się cofa, prysła. Matka, a właściwie pani Margarita Kellerowa z domu Oliwa, samodzielna właścicielka majątku na Wielgoniach, zamilkła w bezruchu z błądzącym wzrokiem.

Naturalnie, oczy wszystkich domowników skierowały się na młodego Martina Kellera. Dziedzictwo świętej pamięci ojca i opieka nad młodszym rodzeństwem oraz zbiorem dwustu ton ryżu rocznie były od teraz jego sprawami.

– Martin..? – z rozmyślań wyrwał go głos Kevina, najmłodszego w rodzeństwie. – Dzierżcy zza rzeki pytają, ile kilo spławimy w środę.

Kevin miał jasne, piwne oczy, słomkową czuprynę i był wyższy niż Martin w jego wieku. Mówił cichym, trochę piskliwym głosem i nigdy nie ustawiał się w przejściu, żeby nie przeszkadzać dorosłym.

Martin zebrał się na uśmiech, wstał z krzesła ustawionego przy wezgłowiu łóżka Matki i podszedł do brata. Położywszy Kevinowi dłonie na ramionach, oznajmił:

– Mama jeszcze wydobrzeje – rzekł, samemu nie wiedząc, czy mówi do brata, do siebie, czy do Matki. 

Brat nie odpowiedział. Martin skierował się do wyjścia z pokoju, w drzwiach odwrócił się jeszcze, chrząknął i dodał:

– Tyle co zawsze. Spławimy tyle, co zawsze.

***

– To trzeba było po medyków z Meridu – machał ręką dzierżca Buchaj, szwagier Matki. – A nie tych naszych rzeźników.

Wizyta państwa Buchajów, w tym ciotki Angeliki, siostry Matki, wraz z mężem, jak zawsze była niezapowiedziana. Angelika spędzała większość czasu z siostrą i szczegółowo wypytywała pielusznicę Helenę o posiłki, rytm snu i konsystencję stolca. Buchaj z kolei w ogóle do szwagierki nie zaglądał.

– U Matki bywał mistrz Belsamkin – zaczął Keller. – Prowadził wstrząsy zimną wodą i okłady z popiołu i tłuszczu. Byli też u nas mędrcy z Tauanu. Stosowali akupunkturę, masaże i misy. Nie szczędziliśmy na najlepszych medyków, rodzimych i zagranicznych. 

Buchaj resztę odwiedzin spędził na werandzie, dopalając w fajce resztki tytoniu. Wkrótce Martin z bratem pożegnali rodzinę, słuchając zapewnień Angeliki, że niedługo ponownie ich odwiedzą. Usiedli na werandzie i chwilę trwali w milczeniu.

Martin odczekał, aż rodzina będzie poza zasięgiem słuchu.

– Jedyne, czegośmy nie próbowali, to zawezwać braci z opactwa na Skale. 

Kevin spojrzał na starszego brata. Zarówno w rodzinie Oliwów, jak i Buchajów nie darzyło się kapłanów przesadną estymą. Płacono składkę i odbierano błogosławieństwa, ale nikt specjalnie nie chodził prosić o modlitwę przed podróżą, pokropienie domu czy możliwość odbycia służby przez dzieci. 

Margarita była wyjątkiem, choć rozsądnym – kapłanów nie brała z dobrodziejstwem inwentarza, ale stawiała im spore wymagania. Urzędujący w opactwie ojciec Masy był w zakresie kaznodziejstwa i poetyki modłów niemal legendą.

– Matka bardzo lubiła słuchać ojca Masego – zgodził się Kevin stłumionym głosem. – Ale to już, wzywać braci z opactwa…

Martin nie odpowiedział. Myślał zupełnie o czymś innym.

Po całym Wakaraju, szczególnie na dworach, rozchodziła się historia o niedawnej tragedii na Widokach. 

Oto w trakcie uczty na dworze pojawił się znikąd potwór – przeklęty syn żupana Widoka. Na oczach zebranych zadusił ojca. Goście ukatrupili stwora, a nieformalną opiekę nad dworem żupana przejął niejaki dzierżca Gerstop. 

Keller był naocznym świadkiem tej tragedii. Bawił tej nocy na Widokach w zastępstwie Matki.

Stwór pojawił się tuż po tym, jak zamiejscowy pieśniarz zaintonował pieśń o niespodziewanym powrocie syna. Pamiętał też, że Gerstop osobiście go sprowadził i sowicie wynagrodził.

– Ojca Masego nazywają kapłanem-poetą, prawda? – odezwał się wreszcie Martin. – Bo ma piękne kazania. Jak pieśni.

Martin marszczył czoło w intensywnym wysiłku. „Opłacony pieśniarz wyczarował stwora na Widokach. Może cnotliwy kapłań wyczaruje Matce zdrowie”.

Zerwał się z ławeczki.

– Kevin, musimy kapłana-poetę na Wielgonie sprowadzić.

***

– Niech się panienka nic nie martwi. – Rządca Vitomir zdobył się na uśmiech i dodał swoim przepalonym głosem: – Panienki brat jest w dobrych rękach.

Adela, siostra Martina, kiwnęła z wdzięcznością głową. Nie miała przesadnie dobrego zdania o kompetencjach starszego brata. Za to rządca Vitomir opiekował się w zasadzie całym żywym i martwym inwentarzem na Wielgoniach. Miał wagę w oczach, a do tego doskonałą rękę do narowistych wierzchowców i upartych jucznych zwierząt, z których tu korzystali. Nieobecność Vitomira była dla Adeli większym kłopotem niż kilkudniowa podróż brata.

– Miejcie pod dostatkiem wody, a słońce niech wschodzi wam za plecami – wypowiedziała tradycyjną formułkę i dodała od serca: – Wracajcie, dziadku, szybko. Z kapłanem czy bez.

Keller, oprócz Vitomira, zabrał za sobą kucharkę Linę. Raz, żeby pełniła rolę podręcznej, a dwa, żeby wręczyła opatowi jakiś stosowny podarunek. To drugie było zresztą dla zdewociałej Liny ogromnym zaszczytem. Czuła zazdrość reszty służby, że to właśnie ona wręczy samemu opatowi wielki bochen chleba z najlepszej ryżowej mąki.

Juczny żółw, wielki, powolny, ale dysponujący niezrównanym udźwigiem, ziewnął i ruszył. Na swojej skorupie niósł całą paletę z ekwipunkiem, a nadto Linę. Błotniste dorzecza Wakaraju pełne były gigantycznych żółwi i innych gadów, toteż miejscowi szybko nauczyli się ich hodowli i wykorzystania w transporcie.

Przed żółwiem, poruszając się na wyblakłej salamandrze, wskazywał drogę Vitomir, a młody Keller podążał na niecierpliwej traszce. Jutro wieczorem powinni dotrzeć do opactwa.

***

Opactwo na Skale górowało nad okolicą, wyłaniając się pośród koron drzew. Leśne zwierzęta zdawały się cichnąć, w miarę jak utwardzony trakt zmieniał się w wąską, prowadzącą pod górę ścieżkę. Nawet narowista traszka Kellera stała się nagle spokojniejsza i łatwiejsza do prowadzenia.

Surową, szarą Skałę wieńczył budynek, który wyciągał się pionowo w górę. Zbudowany z długich, kanciasto ciosanych bel w szarym kolorze, wyglądał, jakby jakaś potężna siła zasysała go ku niebu. Nieliczne, malutkie okienka sprawiały, że konstrukcja wydawała się nieprzystępna, a jej jedynymi wrotami było pionowe pęknięcie, które dzieliło budynek na dwie idealnie symetryczne połowy. 

Keller przełknął ślinę pod wrażeniem majestatu i surowości opactwa. Lina była za to wyraźnie wzruszona, to zerkała, to pochylała głowę. Orszak ruszył w stronę wejścia do budynku.

Zwierzęta zostawili przed wejściem, przywiązane do pali, przy których naszykowane były koryta z wodą. Lina przytuliła do piersi zawiniątko z bochenkiem, poza tym nie wzięli ze sobą żadnych tobołów. Keller przypasał sobie rodową szablę, symbol statusu i pozycji rodziny. Ruszyli w trójkę przez szczelinę między belkami.

O tej porze roku ściemniało się szybko. Ściany szczeliny były wysokie pewnie na 10 metrów, a z wnętrza opactwa nie dochodziło światło. Zaczęli więc mrużyć oczy, poruszając się powoli, wzdłuż ciężkich ścian.

Szczelina otworzyła się nagle na wewnętrzny dziedziniec opactwa. Zbudowany na planie kwadratu plac otoczony był drewnianymi kolumnadami, których gzymsy rzucały nieprzenikniony cień na wnętrza budynku. Nad opactwem dumnie wznosiło się szare cielsko Skały.

Ciszę dziedzińca wypełnił nagle pojedynczy dźwięk dzwonka, który rozniósł się jak kropla po tafli wody. W zapadającej ciemności rozbłysnęło srebrzysto-błękitne światło i zaczęło powoli rosnąć. Wtórowały mu miarowe, pojedyncze uderzenia dzwonka i powolne szuranie kroków.

Światło zbliżało się do dziedzińca. Niósł je człowiek na wysokości swojej twarzy, a za nim szła procesja złożona z kilkunastu postaci. Jedna z nich uderzała w dzwonek, a pozostałe niosły dzbany lub niezapalone lampy.

Źródłem światła był kamień umieszczony w sercu promienistego przedmiotu przypominającego słońce. Odchodzące od kamienia promienie były powleczone lustrzaną powłoką, która rozpraszała i zwielokrotniała srebrzysty blask kamienia.

Dopiero teraz podróżni zauważyli, że podłoga dziedzińca pokryta jest siatką kanałów wypełnionych wodą. Przejście suchą stopą wymagało poruszania się po labiryncie ścieżek. Drogę wyznaczały małe kapliczki w formie rzeźbionych w drewnie słupków.

Niosący światło, a za nim procesja, ruszyli w stronę pierwszej z kapliczek. Celebrant stanął przed kapliczką, skłonił się i ostrożnie pochylił światło, które niósł. Niczym gęsty płyn, stróżka blasku wlała się w blady kamień, przytwierdzony do szczytu kapliczki.

Jak miniaturowa latarnia morska, kapliczka zaczęła lśnić własnym blaskiem.

Procesja kontynuowała pochód, przelewając blask do każdej kolejnej kapliczki. Dziedziniec zamienił się w srebrzysto-księżycową polanę, poprzecinaną wodnym labiryntem, który odbijał blask kamieni.

Keller i towarzysze w milczeniu podziwiali sianie światła, rytuał, który w opactwie odbywał się co wieczór. Lina trzymała dłoń na ustach i cicho płakała ze wzruszenia.

Gdy dziedziniec błyszczał już światłem wszystkich kapliczek, celebrant i część procesji zawrócili z powrotem do budynku. Dwóch mężczyzn odłączyło się i rozpaliło trzymane w rękach lampy. Dwóch kolejnych ruszyło w stronę przybyszów z Wielgoniów. Obaj nosili bufiaste spodnie i koszule oraz kamizelki.

Na przód wysunął się starszy, łysiejący jegomość z poczciwą twarzą i okrągłymi okularami. Na jego kamizelce wyszyte były geometryczne symbole. Za nim podążał młodszy chłopak, ubrany podobnie, choć bez symboli na kamizelce.

– Witajcie w Skale – odezwał się ciepło starszy. – Jestem ojciec Masy.

***

Braciszkowie zajęli się zwierzętami i ekwipunkiem podróżnych. Przyjęto ich w skromnych pokoikach, gdzie mogli się obmyć, a potem zaproszono na poczęstunek we wspólnej sali. Opat przywitał ich na siedząco, tłumacząc, że jest stary i wstaje tylko na poranne i wieczorne rytuały. W ciemnej sali, oświetlonej błękitnymi lampionami, wydawał się zasuszony i lekko jadowity. 

– Ojcze Skały, wierzycielu pamięci – odwzajemnił powitanie Keller. – Przybywam z Wielgoniów, by przejrzeć się w wiecznej prawdzie Wody i pocieszyć blaskiem Światła. Przyjmij proszę ten dar wspólnej pracy jako wyraz szacunku mojej rodziny i służby.

Lina, jak na komendę, wstała i ze spuszczoną głową podreptała w kierunku opata, niosąc przed sobą zawiniątko z bochenkiem. Raczej z ekscytacji niż obyczaju, przyklęknęła przed opatem i uniosła prezent. Jeden z zakonników odwinął zawiniątko, ukazując ciemnoczerwoną skórę chleba. Opat złożył na niej widmowy pocałunek i nakazał ręką zabrać prezent. Jeden z zakonników zniknął z nim w głębi sali. Lina posłusznie wróciła na swoje miejsce w końcu ławy.

– Dziękuję, ojcze Skały, że raczyłeś przyjąć podarunek – kontynuował po chwili Keller. – Przybywam też prosić cię o pomoc dla mojej rodziny.

Nim zdążył kontynuować, opat odezwał się suchym głosem.

– Twoja matka, dzierżco. Mądra kobieta. Zawsze wiedziała, co i kiedy mówić. Wiedziała, kiedy nie mówić.

Każde zdanie opata zamykała pauza. Keller nie wiedział, czy ma kontynuować, czy właśnie usłyszał sugestię, żeby się zamknąć. Opat musiał Matkę znać i przynajmniej szanować. Zaryzykował.

– Dziękuję, ojcze. Matka jest ciężko chora, nie wstaje z łóżka, traci rozum. Nie wiemy już, co począć. 

– Człowiek traci rozum, zapomina. Woda pamięta – odpowiedział sentencjonalnie opat.

– Chciałbym w imieniu rodziny prosić o obecność i modlitwę ojca Masego. Przy łóżku Matki.

Opat odczekał chwilę. Patrzył w przestrzeń, niby na Kellera, niby za niego.

– Masy ma swoje światło. Jak każde światło, rzuca też cień.

Keller czuł, że traci cierpliwość.

– Ojcze, czuję, że Matka oczekiwałaby od mojej wizyty…

Przerwał, gdy opat nagle zaczął oddychać ze świstem i łapać powietrze ustami, jak ryba wyciągnięta z wody.

– Ojcze Skały – przy opacie znalazł się natychmiast starszy zakonnik. 

Sądząc po ilości wzorów na kamizelce, musiał był wysoki rangą. Wzory splatały się na wysokości mostka w geometryczny symbol płatka śniegu. Zakonnik odwrócił się go gości. 

– Ojciec musi się udać na spoczynek, wybaczcie, drodzy goście i proszę, zrozumcie. Poświęcił wam bardzo wiele uwagi, więcej niż zazwyczaj poświęca gościom.

Nie czekając na potwierdzenie, z pomocą dwóch braci wsparł opata i zaczął prowadzić go do drzwi.

Zostali w towarzystwie dwóch zakonników. Duchowni nie jedli już o tej porze, ale dla gości przygotowano gęstą, korzenną zupę, tłustą od oliwy i napar z mięty, który balansował jej oleistość. Jedli w milczeniu. 

Potem młodszy zakonnik zaprowadził ich do pokoi. Mijali główne wejście, które wciąż pozostawało otwarte, wlewając do środka srebrną łunę świecących na zewnątrz Stacji Światła. Lina dyskretnie pociągnęła Kellera za rękaw i kiwnęła w stronę dziedzińca. Między Stacjami, odwrócony do nich plecami, siedział lekko zgarbiony, chudy zakonnik. Światło odbijało się od wyłysiałego czubka jego głowy. Masy. 

Keller wszedł do swojego pokoiku, odprowadzony przez zakonnika, i przycisnął ucho do drzwi. Gdy upewnił się, że braciszek się oddalił, cicho wyszedł na korytarz. Wrócił nim do wyjścia na dziedziniec. 

Masy przesiadywał na klęczniku ustawionym przy jednej ze Stacji. Keller stanął w niewielkiej odległości od niego, nie wiedząc, co dalej zrobić.

– Zobacz – odezwał się nagle Masy i wyciągnął dłoń. – Pod tym kątem, jak się patrzy, to te dwa światełka odbijają się wielokrotnie w korytkach z wodą. A w moich okularach jeszcze raz. Jak się światełko wystawi i pozwoli mu działać, to jest go coraz więcej.

Masy uśmiechnął się ciepło i nieco naiwnie do Kellera.

– Bardzo to filozoficznie, prawda?

Zakonnik najpierw wydawał się Kellerowi straszny, potem dziwny, a teraz dziecinny. Odwzajemnił nerwowo uśmiech.

– Siadaj, paniczu. – Masy zrobił miejsce na klęczniku a potem spojrzał znad okularów. – Chociaż nie wiem, czy to tak wypada dziedzicowi proponować.

Kellerowi ulżyło nieco, gdy zobaczył, że ojciec ma trochę dystansu i poczucia humoru. Przysiadł obok niego. Milczeli przez chwilę i patrzyli na odbicia światełek w wodzie.

– Ojcze Masy, czy to prawda, że słowa mogą zmieniać świat i ludzi? Nie jako przenośnia. Dosłownie zmieniać kawałek świata.

Masy pokiwał głową.

– A czy mogą przywoływać na świat straszne rzeczy?

Czuł, że Masy też zna historię z Widoków.

– Mogą odmieniać pamięć, a z nią tożsamość. – Masy mówił dość niewyraźnie jak na legendę kaznodziejstwa. Pomagał sobie gestykulacją. – Mogą niszczyć. Mogą naprawiać.

Keller wyczuł moment.

– Skoro mogą naprawiać, to chciałbym prosić o coś dla mojej Matki. Żeby ojciec ruszył z nami jutro do Wielgoniów i pomodlił się o jej wyzdrowienie. Żeby słowa naprawiły jej zdrowie.

Masy jakby nieco zmalał.

– Nie przyszedłeś prosić dla Matki, tylko dla siebie.

Keller poczuł się nagle urażony.

– Moja Matka jest chora, to chyba normalne.

Czuł, że podnosi głos.

– Matka ledwo co je. Nie wiem, czy rozumie, co do niej mówię. Co, jak jej już nic nie zdążę powiedzieć? Widziałem, jak na Widokach dało się wyczarować syna. Czemu nie chcesz jej wyczarować zdrowia?!

Ostatnie słowa prawie wykrzyczał. 

– Ja nie chcę, żeby ona odeszła – przyznał już całkiem cicho

Zapadło dłuższe milczenie. 

– Może tego właśnie potrzeba – powiedział cicho Masy. – Tego, żebyś nie mógł się za nią schować.

– Może – wyrzucił Keller, czując mieszankę bezradności i wstydu.

Masy pokiwał głową i wstał. 

– Zależy ci na mamie. Wróć do niej z samego rana. Weź jej dłoń, zgaś lampę. Pozwól jej zniknąć. Dobranoc.

Masy ruszył w kierunku budynku. Keller odczekał chwilę, aż przestanie słyszeć jego kroki. Potem zacisnął zęby, padł na kolana i pięścią uderzył w taflę wody. Chlust poniósł się echem po dziedzińcu. Znów nastała cisza, a Keller poczuł, że bardzo żałuje tego wybuchu. Wrócił do środka.

Musieli usłyszeć, że się zbliża, bo okrągła głowa kucharki wychynęła z pokoiku.

– Paniczu – zawołała go szeptem. 

Wszedł do jej pomieszczenia. Vitomir też tam był. Siedzieli nad dzbankiem z wodą, kilkoma sucharami i słoikiem z kiszonką, który Lina musiała albo wieźć ze sobą, albo wynudzić u zakonników.

– Ten zakonnik z płatkiem śniegu – zaczęła konspiracyjnie Lina. – Tacy służą przy pogrzebach i przygotowaniu umierających do śmierci. Opata chyba szykują, niech mu Światło świeci jak najdłużej.

Keller ją zignorował.

– Masy nie przyjdzie – westchnął. – On uważa, że to koniec i Matce trzeba dać umrzeć. 

Minęła chwila ciszy.

– Może chcą jej dać odejść na jej zasadach – podjął neutralnym tonem Vitomir.

Keller skrzywił się.

– A skąd wiedzą, jakie są jej zasady? Zawsze byłem usłuchany i robiłem, co chciała, to mam ją teraz zostawić, jak nie może mówić? Zresztą nie musi. Nigdy specjalnie dużo nie mówiła, chyba że do młodszego rodzeństwa. 

Sam nie wiedział, dlaczego wyrzuca te zdania z siebie. Może po to, by się pocieszyć po rozmowie z Masym.

– Mnie wystarczyło, że milczała. Ja się domyślałem, czego chce. Co to znaczy, że ona ma zdecydować? Ja nigdy nie decydowałem.

Keller zdał sobie sprawę, że sam się nakręca. Zamilkł. Lina uniosła ramiona i spróbowała:

– To znaczy, że Pani Matka ci ufała…

– Wręcz przeciwnie – syknął Keller.

Vitomir poruszył ustami, jakby chciał coś powiedzieć. Na widok zaciśniętej miny Kellera odpuścił. Martin chwycił ze stołu kubek wody, wychylił go duszkiem i wyszedł.

***

Po spotkaniu z Kellerem Masy poszedł prosto do opata. Feliks, ojciec noszący symbol płatka śniegu, ostrzegł go, że opat jest w złym nastroju. Masy to zignorował. Najstarszy ojciec siedział przy biurku, na którym paliły się bez przekonania dwie świece. Garbił się i miał zmęczony wzrok, ale wyglądał, jakby spodziewał się odwiedzin.

– Ojcze – skłonił się Masy.

Opat podjął:

– Niech ten chłopak nauczy się, że świat nie odpowiada na każdą prośbę…

Masy pokiwał głową.

– Jego matka nie pochodzi stąd – kontynuował opat, opierając się na krześle. – Przyjechała po tym, jak dowiedziała się, że jest ze starym Kellerem w ciąży. Dzieci raczej przeszkadzały jej w zarządzaniu majątkiem, który zresztą podwoiła. O przeszkadzaniu i o podwojeniu dzieciom często przypominała. Nigdy wprost, dodajmy.

– Dlaczego mi to mówisz, ojcze?

Opat spojrzał na niego badawczo.

– Trzeba ludziom dać odejść w ich własnym czasie. – Masy pomyślał o Feliksie, który niemal nieodstępował opata. – Nie rób temu chłopakowi nadziei. 

Masy spuścił wzrok. Już chciał odejść, gdy przypomniał sobie jeszcze jedno pytanie.

– Ojcze, czy kiedykolwiek kapłan samym słowem uratował kogoś od śmierci?

Opat uśmiechnął się krzywo.

– Niech tylko ludzie zaczną tu przychodzić, prosząc o cuda… To by było nieszczęście. Nie jesteś przypadkiem cudotwórcą, Masy?

Masy zmrużył na moment oczy. Skłonił się opatowi, życzył mu dobrej nocy i wyszedł.

***

Wstali tuż przed rytuałem żniw światła. Zakonnicy w procesji zbierali teraz blask z rozpalonych wieczorem kamieni z powrotem do promienistego przedmiotu zwanego spichlerzem. 

Poranek okazał się mglisty i wilgotny. Gady były przez to ospałe i niechętnie współpracowały. 

Lina pakowała ekwipunek, a Keller szukał wzrokiem Masego w procesji, ale nie był w stanie go rozpoznać. Zastanawiał się, co powie w domu. I czy Matka w ogóle go zrozumie.

Vitomir agresywnie ściągnął lejce salamandry, by wybudzić ją z letargu i skierować na ścieżkę w dół Skały. Wtedy w szczelinie prowadzącej do opactwa stanął ojciec Masy, ubrany w podróżną pelerynę i parę solidnych, wysokich butów.

– Czcigodny dzierżco Kellerze, bardzo dawno nie odwiedzałem Wielgoniów – powiedział pogodnie. – Czy zechcecie mnie przyjąć do swojego orszaku?

***

Stali obaj przy łóżku Matki, Keller i Masy. Keller trzymał ramiona złożone na piersi, palcami skubał sobie dolną wargę. Masy pochylał się nad Matką, która leżała kompletnie nieruchomo, zapadnięta, ledwo oddychając przez otwarte usta.

Masy zaczął melorecytować pieśń.

stoimy na baczność
choć nie jesteśmy nic winni

jako dzieci
napełnialiśmy worki ryżu

ciągle nie tak
ciągle źle

stoimy obawiamy się
że nie zdążymy nic
u ciebie wystać

prosimy byś dała nam odejść
będziemy napełniać worki ryżu

Masy zwilżył chustkę w misce z wodą, by podać ją Kellerowi i zamknął Matce nieoddychające już usta.