
Imigrant
Chandlerowski noir w fantasty PRL–u. Gangi, polityczne morderstwo i… magia, która wślizguje się w bokiem. Bez obietnicy, że prawda cokolwiek naprawi.
1957, Druga Era
Starszy sierżant milicji w Żarnogrodzie, Adam Buława, zadzwonił do mnie w środę wieczorem. A skoro dzwonił, to znaczy, że stało się coś, co milicja może spierdolić. Zwłoki na magazynach przy Akademii nie powinny przerastać tej bandy źle opłaconych, źle wyposażonych i zakompleksionych wykidajłów, ale Buława użył dwóch słów kluczy, które czyniły sprawę delikatną. Polityczną wręcz.
Imigrant. Fenamina.
Zebrałem się z wersalki i ruszyłem na dół bloku. Jako śledczy nie musiałem nosić przepisowego jednoczęściowego kombinezonu milicyjnego, tak długo, jak nosiłem odznakę. Wystarczyły codzienne, szerokie spodnie ze ściągaczem i przylegająca bluza z długim rękawem.
Wskoczyłem do tramwaju tuż przed odjazdem. Pojazd buchnął parą, a spod pokrywy rozbłysło na moment błękitne światło. Krystaliczny silnik podgrzewał wodę do wysokiej temperatury, a powstałe ciśnienie pary napędzało tłoki. Między starym miastem a Akademią tramwaje kursowały niemal całą dobę.
Imigrant. Pewnie z Patetu, inaczej Buława by doprecyzował. Położony na wschodzie biedny Patet dostarcza Unii taniej siły roboczej, w zamian kształcąc kadry na tutejszych akademiach. Imigranci i studenci ze wschodu mają swoje dzielnice w każdym większym mieście Unii.
Przejawy przemocy wobec imigrantów to temat tabu. Oficjalnie Unia Wolnych Ludzi jest jedynym państwem, w którym całkowicie udało się wykorzenić rasizm i ksenofobię. W militarystycznych, hierarchicznych państwach południa wciąż zdarza się ucisk osób o innym kolorze skóry – w Unii Wolnych Ludzi nie.
Tramwaj zwiększył prędkość i wyjechał ze starówki. Zobaczyłem połacie hut i fabryk, a wśród nich dumę Unii – Zakłady Syntezy Chemicznej. Rząd inwestuje gigantyczne środki w ich rozbudowę. Setki robotników ściągnięto z kraju i zagranicy, by budować instytut badań i rozwoju nad paliwami krystalicznymi.
Fenamina. Przyspieszacz robiony z odczynników chemicznych. Ze względu na dostępność półproduktów, laboratoria i wykwalifikowany, rotujący personel Żarnogród jest głównym producentem fenaminy w kraju. Kolejny temat tabu.
Zadzwonił dzwonek i tramwaj zatrzymał się przy starych magazynach Akademii. Mimo późnych godzin, to miejsce żyło. Studenci organizowali tu potańcówki, warsztaty, latem kuchnię pod gołym niebem, a także swoiste targowisko rzeczy wszelakich. Labirynt starych magazynów i korytarze wśród kontenerów kryły drugi obieg wszystkiego. Idealne miejsce na sprzedaż narkotyków.
***
Trup leżał w jednym z zaułków. Mimo nocnej pory, na miejscu było duszno. Rzędy skrzyń i kontenerów tłumiły zgiełk pobliskiego targowiska. Nie padało, ale bruk wydawał się mokry od mgły i pary.
Dwóch szeregowych milicjantów na odpierdol zabezpieczyło teren i stało teraz znudzonych, łypiąc okiem, by nikt się nie zbliżał.
Buława trzymał się z boku, z rękami w kieszeni. Czekał na mnie. Był spięty.
– Chłopcy odwalą tu rutynę, ale dalej to twoja sprawa – wymruczał na powitanie. – Masz wolną rękę. Nie węsz za bardzo. Nie potrzebujemy pytań z góry.
Buława zdał mi to, czego się dowiedział. Ofiarą jest Boosang S., robotnik pracujący przy budowie nowych zakładów, zatrudniony przez lokalną agencję pracy. Lekarz jest w drodze, ale grany był jakiś łom, gaśnica, może ciężka latarka. Do tego strzały. Trup jest świeży. Milicję zaniepokoił hałas na kontenerach. Świadków nie było, teren zabezpieczono zanim zleciało się tu pół akademii.
– Masz też pierwszego podejrzanego – uśmiechnął się Buława. – Nocny stróż zameldował się dzisiaj na zmianę, był widziany na obchodzie jeszcze godzinę temu, a teraz wyparował.
– Zrób mi jeszcze przyjemność i podaj motyw – odpowiedziałem, widząc, że Buławie zależy na szybkim zamknięciu sprawy.
Buława chyba na to czekał.
– Nie przeszukaliśmy ciała. Ale pateciakom nie wolno handlować feną na magazynach. To nie ich teren. Denat raczej nie przyszedł tutaj kupić sosu rybnego.
Porachunki. Imigrant pewnie osuszył swój teren na Małym Patecie i przyszedł szukać szczęścia tutaj. Zamiast tego znalazł gościa od brudnej roboty na smyczy lokalnego gangu.
***
Nim sprzątnięto ciało, znalazłem przy nim kartę zakładową potwierdzającą tożsamość, małą krystaliczną kartę z odrobiną pieniędzy, trochę paragonów, bilet miesięczny i polaroidowe zdjęcie rodzinne przedstawiające Boosanga, kobietę i kilkuletniego chłopca. W wewnętrznej kieszeni kurtki kryły się trzy fiolki z mętnym płynem. Fenamina chodziła jako proszek lub jako roztwór.
Ubranie nosiło ślady szamotaniny – rozerwany kołnierzyk kombinezonu i brakujące guziki. Denat miał ślad po potężnym uderzeniu w głowę tępym narzędziem, które musiało go powalić na ziemię. Lekarz potwierdził, że przyczyną śmierci były trzy strzały z bliskiej odległości bronią niewielkiego kalibru. Z układu ciała wywnioskowałem, że oddano je, gdy już leżał, pewnie zamroczony pierwszym ciosem.
Żadnego z narzędzi nie było na miejscu. Wilgotny bruk nosił ślady butów, ale w większości zadeptali je milicjanci. W każdym razie nic nie sugerowało gwałtownej ucieczki z miejsca zdarzenia, a tym bardziej kierunku tejże. Rozejrzałem się. Może sprawca wspiął się na kontenery?
Ogarnąłem wzrokiem przestrzeń. Około 3 metry od denata, blisko miejsca, z którego musiano oddawać strzał, leżał przedmiot, który wcześniej przeoczyłem. Gliniana miska. Na boku widoczne było pęknięcie. Z miejsca, w którym leżała, rozchodził się rozprysk wody, skierowany w stronę ciała.
Ten element nie pasował do obrazka tak bardzo, że dreszcz powędrował mi po plecach.
Wraz z wodą na bruk trafiły drobne biało-żółte kwiaty. Kwiaty, których nigdy w życiu nie widziałem.
***
Ciało znaleźli milicjanci, ale według Buławy na magazynach słychać było strzały i szamotaninę. Czas na pracę w terenie. Po zabezpieczeniu miejsca i dowodów wróciłem na nocne targowisko. Studenci i robotnicy kręcili się między improwizowanymi straganami. W zadaszonej części magazynu grano w karty, handlowano płytami winylowymi, papierosami, złomem z maszyn laboratoryjnych, biżuterią – a także wszystkim, co trzeba było szybko schować w razie najazdu milicji. Na wolnym powietrzu smażono kukurydzę i maczankę, gotowano zupy i rozlewano piwo.
Na miejscu złapałem studenta farmakologii o ksywie Aptekarz. Naprawdę nazywał się Julian Mirski. Sam trochę produkował, raczej na użytek własny niż na handel i to w ilościach, w których nie opłacało się go ścigać. W zamian za immunitet Aptekarz zwykle dzielił się najnowszymi informacjami ze światka.
– Kurtz, nie było mnie tam – powiedział od razu.
– Ale strzały słyszałeś.
Spuścił wzrok.
– Czekałem aż Kreda zejdzie z obchodu. Tyle.
Kreda. Stróż na budynkach należących do Akademii. Brutalny i głupi typ. Lansuje się trochę za dobrymi butami jak na pensję stróża. Może zbyt gorliwie tłumił protest studentów w czterdziestym czwartym. A może coś jeszcze.
– Po co?
– Żeby zobaczyć, czy teren czysty.
– I był?
Wzruszył ramionami.
– Usłyszałem szamotaninę. Potem strzały. Trzy. I dałem dyla.
– Sam?
– Sam. Nikogo nie ustawiałem.
– Widziałeś Kredę?
– Jak wychodził ze stróżówki. Później nie.
– A potem?
Zawahał się ułamek sekundy.
– Coś zgrzytnęło. Może motor. Może kontener.
Puściłem go. Otrzepał za duży płaszcz i popatrzył na mnie badawczo.
– Cały dzień byłem w akademiku – dodał szybko. – Jakby co.
Aptekarz zorientował się, że nic już od niego nie chcę i czmychnął w kierunku targowiska.
Kreda sprzątnął konkurencyjnego handlarza fenaminy i zwiał na motorze? Brzmiało prawdopodobnie. Tyle, że na miejscu nie było żadnych śladów kół.
Czułem, że rozwiązanie zagadki kryje się za dwoma elementami: biało-żółtymi kwiatami i czwartym hałasem.
***
Noc upłynęła na bezowocnych poszukiwaniach. Żaden świadek nie powiedział mi nic nowego, a Kreda nie wrócił na stanowisko pracy. Nie było go też w jego mieszkaniu. Postanowiłem wrócić do siebie na piechotę. Nogi same zaniosły mnie w kierunku Małego Patetu, imigranckiej dzielnicy.
Pateciaki siedziały zwykle do późna, przy plastikowych stolikach ustawionych wzdłuż ulicy, gotowali ryż na miękko albo smażyli ryżowe kluchy na szerokich patelniach. Część sprzedawała jedzenie, przytomnie wyciągając od lokasów ze dwa razy więcej za każde danie niż od swoich. Niesamowite, że mnóstwo dzieciaków kręciło się po ulicy do późna.
Wyjąłem z kieszeni polaroidowe zdjęcie znalezione przy denacie. Z tego, co dowiedziałem się od milicji, mieszkał w domu pracowniczym z innymi robotnikami, bez rodziny. Kobieta i dzieciak na zdjęciu musieli więc zostać w ojczyźnie. W przeciwnym razie nie nosiłby przy sobie fotografii.
Zorientowałem się, że dzielnica szykuje się do jakiegoś święta. Okiennice ozdobione były wiązankami kwiatów, a na parapetach i stołach stały miski z wodą i płatkami kwiatów. Przystanąłem przy ozdobionym w ten sposób straganie ze smażonym makaronem. Uwijała się za nim starsza kobieta. Pokazałem jej kolejny znaleziony na miejscu zbrodni detal – biało-żółty kwiat – i skinąłem głową w kierunku jednej z misek.
Kobieta wybałuszyła oczy. „Campa, campa mai!” zaczęła powtarzać, po czym uśmiechnęła się i pokiwała z uznaniem głową. Powiedziała jeszcze coś po swojemu, ni to pytanie, ni to twierdzenie i wskazała palcem na miski.
W żadnej z nich nie było podobnego kwiatu.
– Nie mogę ci go oddać, to ważny przedmiot – powiedziałem.
Chyba nie zrozumiała. Zanotowałem w myślach, żeby następnym razem przyjść tu z bukietem podobnych kwiatów i zrobić sobie chody u imigrantów. Pomyślałem o Ewie, kwiaciarce mieszkającej przy mojej ulicy. Ucieszyłem się, że ją zobaczę, a potem skarciłem sam siebie za tę myśl i ruszyłem w swoją stronę.
***
Następnego dnia rano ogoliłem się, użyłem wody kolońskiej Przemysławka pierwszy raz od paru dobrych miesięcy i ubrałem koszulę pod kombinezon. Stojąc przed lustrem, czułem się trochę jak w przebraniu. Przebraniu kogoś porządniejszego niż jestem. Zniechęcony zrezygnowałem z krawata.
Poszedłem do kwiaciarni. Widząc przez witrynę ludzi w środku, odczekałem aż wyjdą, trzymając w ustach niezapalonego papierosa. Potem wszedłem do środka.
Ewa była chyba w moim wieku, miała trochę podkrążone oczy i bardzo długie palce. Nie wiem czy była piękna, ale na pewno miała w sobie troskę i spokój.
– Cześć, Martin – powiedziała. – Będziesz odwiedzał jakąś wdowę po milicjancie, że przyszedłeś po kwiaty?
– Cześć – odpowiedziałem z uśmiechem. – Tym razem to ja przychodzę do ciebie z kwiatkiem. Chyba niebylejakim.
Wyciągnąłem z kieszeni kwiatek i położyłem go na ladzie. Zdążył już nieco sflaczeć, ale dalej zachował oryginalne kolory i kształt.
– Potrzebuję bukietu takich kwiatków, może być bez wstążki.
Ewa przyjrzała się mu badawczo.
– W takim razie będziesz się musiał nieco przejechać. A najlepiej wsiąść w samolot.
Nie zrozumiałem.
– To chyba plumeria – powiedziała, jakby to miało wszystko wyjaśnić. – Takie kwiaty nie rosną w Unii, bo nie mamy na to klimatu i nie znam żadnej szklarnii, która by je hodowała. Skąd go masz?
– Znalazłem.
– Ciekawe. Takie kwiaty rosną na wschodzie. Chyba w Patecie nawet mają święto z nimi związane. Jakaś szkoła kupowała od mnie wczoraj kwiaty, żeby dzieci imigrantów mogły mieć święto po zajęciach. No, ale nie plumerię.
Spojrzałem podejrzliwie na kwiatek.
– To jak on się tu znalazł?
– Nie wiem. Wolno takie rzeczy wozić samolotem? – uśmiechnęła się pytająco. – Chyba się nie teleportował…
Poczułem, jakby zawęziło mi się pole widzenia. Trzy rany. Cztery strzały.
Zadzwonił dzwonek przy drzwiach kwiaciarni i do środka weszło dwóch młodych typów. Schowałem plumerię z powrotem.
– Jednak wezmę ten bukiet. Mogą być goździki.
Ewa uniosła brwi, ale podała przygotowane kwiaty. Wyciągnąłem z kasetki w wewnętrznej kieszeni krystaliczną, świecącą tabliczkę i przytknąłem ją do terminala na ladzie. Z mojej tabliczki ubyło kilka lumenów zapłaty. Wziąłem bukiet i ruszyłem do wyjścia.
– Panie detektywie? – odezwała się Ewa. Obróciłem się. – Ładna koszula. Krawat by do niej pasował.
***
Szybkim krokiem wyszedłem z kwiaciarni i stanąłem za rogiem. Przyglądałem się chwilę goździkom, a potem cisnąłem je do kubła na śmieci, będąc zły sam nie wiem na co. Poszedłem do biura milicji. Chciałem porozmawiać z lekarzem i poznać wynik sekcji. Tymczasem na miejscu zaskoczył mnie Buława.
– Kurtz, cholera, północny wiatr cię nadał – przywitał mnie szef milicji i zaraz zabrał do gabinetu.
Zamknął pośpiesznie drzwi i wskazał na wydruk teleprintu na biurku.
– To z centrali. Ambasador Patetu poinformował rano ministerstwo, że ich żandarmeria odstrzeliła wczoraj późną nocą naszego czasu obywatela Unii. Był uzbrojony i stanowił zagrożenie dla lokalnej rodziny. Chuj strzelił nasze apolityczne, dyskretne dochodzenie.
Już chciałem zapytać, co ma to wspólnego z naszym denatem, ale złapałem wydruk. Wczoraj w mieście Campataja zastrzelony został niejaki Marian Kredowski. Kreda.
Spojrzałem na Buławę.
– Co mam ci powiedzieć, Kurtz? – warknął. – Że Kreda wczoraj zniknął ze stanowiska pracy i jeszcze tej samej nocy znalazł się ponad 2000 kilometrów na wschód, żeby machać spluwą przed twarzą jakiejś kobieciny z bachorem?
Nic nie odpowiedziałem.
– Uprzedzając pytania, nie ma z Żarnogrodu bezpośrednich lotów do tej Ciapapai.
Buława poszedł do szafki i wyciągnął z niej butelkę anyżówki. Polał dwa wysokie kieliszki, wypił oba, polał dwa kolejne i dał mi jeden.
– Jest jeszcze coś, czego ministerstwo na razie nie wie – konspiracyjnie obniżył głos. – Ta kobieta, której groził Kreda, to nie przypadkowa pateciara. Miała męża, który od niedawna pracował w Żarnogrodzie na budowie.
Tym razem i ja wychyliłem kieliszek.
– Zmarły wczoraj Boosang S? – zgadłem.
Buława kiwnął głową. Zebrało się na sentencjonalna puentę.
– Za rok będą obchody trzystulecia, a my mamy wydruk, że nasz gangus odstrzelił pateciaka, a potem poleciał terroryzować jego rodzinę. Piękny pokaz skuteczności służb. Mamy przejebane.
***
Siedziałem w milczeniu, czekając na telefon. Rudy kot przybłęda, mój jedyny towarzysz, poruszał się bezszelestnie. Słyszałem tylko tykanie zegara.
Kot łypnął na mnie zielonymi oczami z wyczekiwaniem, jakby wiedział coś, czego ja nie wiem.
Cios tępym narzędziem. Trzy strzały. Metaliczny hałas. Kreda zastrzelony w Patecie. Tyle wystarczy do raportu.
Tyle, że to nie były porachunki.
Ktoś otworzył drzwi, o których istnieniu nie miał pojęcia. Nawet jeśli nie zrobił tego celowo, to musiał zostawić ślady. A jeśli udało mu się raz, to spróbuje znowu.
Kot miauknął. Wpatrywał się we mnie, stojąc na szafie w rogu pokoju. Lubił z tego miejsca obserwować mieszkanie.
Nagle zerwałem się z kanapy.
– Lecę do Patetu, Rudy – oznajmiłem kotu. – Nie wiem, kiedy wrócę.
Zacząłem w pośpiechu pakować walizkę, wrzucając do niej przypadkowe koszule, maszynkę do golenia, szczoteczkę. Znalazłem w szufladzie drugi komplet kluczy.
– Poproszę Ewę, żeby wpadła cię nakarmić – dodałem, wrzucając go do koperty.
Wyskoczyłem z mieszkania. Gdy zbiegałem ze schodów, zdawało mi się jeszcze, że słyszę dzwonek telefonu z góry.
***
Wieczór wcześniej czasu Unii, 2000 kilometrów na wschód
Mały Sumpu ustawił miskę z wodą na ołtarzyku w przedpokoju i sypnął do niej garść biało-żółtych kwiatków. Świeża plumeria, „campa mai” w języku Pa Te. Ukłonił się przed ołtarzem i ukląkł na poduszcze przy składanym stoliku.
Złożył ręce na wysokości piersi, zamknął oczy i wziął kilka bardzo głębokich oddechów. Mama uczyła go, że w ten sposób oddala od siebie złe myśli i robi w duszy miejsce dla dobrych. W takich chwilach Sumpu czuł raczej mrowienie w kolanach niż przypływ dobrych myśli, ale zawsze bardzo szanował jej religijność.
Chciał być bliżej mamy, zwłaszcza odkąd ojciec wyjechał na zachód do pracy. Widział po niej, że jest samotna i czuł, że musi się teraz bardziej postarać.
Jednak do jej ostatniej prośby jakoś nie mógł się zmusić. Mama chciała, żeby napisał do ojca list. Sumpu nie wiedział, co miałby do niego napisać. Że w szkole tak samo jak zawsze? Że u mamy dobrze, ma coraz większy brzuch i że on nie może się doczekać młodszego rodzeństwa?
Wrócił do biurka, na którym leżało pióro i papier.
Uznał, że nie będzie pisał listu. Wziął głęboki oddech i postanowił, że teraz naprawdę zrobi w duszy miejsce dla dobrych myśli.
I zaczął.
tato tato chodź do domu
w domu w końcu jest już dzień
niech magiczne korytarze
poprowadzą cię przez cień
tato tato chodź do domu
miska woda biały kwiat
nie pocieszą mnie gdy widzę
że zbyt duży jest ten świat
Oderwał pióro od kartki. Miał wrażenie, że w pokoju zrobiło się chłodniej, że ściany, meble, to wszystko jest od siebie znacznie bardziej odległe, a on jest bardzo małą figurką na środku pomieszczenia.
Rozejrzał się i omal nie podskoczył na krześle. Mama stała tuż za nim. Musiała wejść, gdy pisał. Trudno powiedzieć, jak długo stała, ale patrzyła to na niego, to na zapisaną kartkę. Usta ściągnęły się jej w poziomą linię, jaką robią ludzie, którzy chcą ukryć wzruszenie lub łzy.
– Bardzo piękne – powiedziała stłumionym głosem.
Jej oczy uśmiechały się jednak, ich wilgoć odbijała światło świec z ołtarzyka. Chwila trwała jakiś czas w milczeniu. Sumpu czuł, że będzie w przyszłości wracać do tego momentu we wspomnieniach. Nie umiał tego jeszcze zrozumieć.
Nagle oboje usłyszeli dźwięk, najpierw cichy, ale miarowo rosnący. Coś jakby ciągnięcie metalu po podłodze. Odruchowo rozejrzeli się oboje po pomieszczeniu, ale nie umieli zlokalizować jego źródła. Dźwięk szybko nabrał na intensywności, a potem zniknął w idealnej, pochłaniającej wszystko ciszy.
Sumpu przez moment nie słyszał nawet szumu krwi w uszach.
Wyczuleni na każdy ruch zwrócili uwagę na plamkę cienia na podłodze. Wydawało się, że nigdy wcześniej jej tam nie było.
Potem powietrze w pomieszczeniu poruszyło się, jakby bryza przemknęła w kierunku cienia – i zaraz odbiło w przeciwnym kierunku, z ciśnieniem wpychającym oddech do gardła.
Echo z hukiem potoczyło się po domu.
W miejscu miski z kwiatami, na ołtarzyku, stał mężczyzna.
Sumpu usłyszał, jak mama z przestrachem wciąga powietrze.
Mężczyzna o spiczastym nosie, strzyżonych przy skórze włosach i ziemistej skórze był uzbrojony. W jednej ręce trzymał rewolwer, w drugiej łom.
Zaczął krzyczeć coś w jazgoczącym języku i cofnął się o dwa kroki, przewracając ołtarzyk.
Mama krzyknęła i zasłoniła go ramionami, a świat nagle skurczył się do zapachu potu i metalu.
Sumpu zdążył pomyśleć, że powinien był napisać do ojca zwykły list.
A potem mężczyzna podniósł rewolwer.
Niektóre historie są po to, by zostały z Tobą na dłużej.
To, co właśnie przeczytałxś, jest fragmentem większego cyklu.
Gdy cała książka będzie gotowa, otrzymasz ją za darmo, przed innymi. Jako jedna z pierwszych osób dowiesz się też o kolejnych premierach ze świata Słów i Skaz.
Bez regularnych newsletterów. Bez szumu. Bez spamu.
Piszemy tylko wtedy, gdy mamy coś do powiedzenia.
…albo wróć do wyboru opowiadań.
