Bento jest świadkiem wojny

Aktualne, polityczne science fiction. Neutralność w trakcie wojny to też wybór.

Trzecia Era, czas po Ostatniej Liczbie Binarnej

Trzygłowy dron wzbijał się pionowo w powietrze. Leciał równolegle do pnących się w górę, wertykalnych pól ryżowych. Był w zasięgu obrony przeciwlotniczej, ale kurczące się zasoby obrońców zmuszały ich do dramatycznych decyzji. Zestrzeliwali tylko to, co celowało w centrum dowodzenia.

Bento obserwował przelot z bezpiecznej odległości. Stał na krawędzi tarasu w jednej z sąsiednich wież ryżowych, ukryty między spływającymi z góry ciekami wodnymi. Rejon, w którym się znajdował, był opuszczony, mimo iż gleba w tej części była bardzo żyzna. Większość budynków mieszkalnych uległa zawaleniu, najpewniej wskutek wcześniejszych nalotów. Nie natrafił na ślady żywych, a cokolwiek, co mogłoby być artefaktem, musiało zostać rozszabrowane. 

Dron zawisł w powietrzu zanim doleciał do szczytu wieży. Bento najpierw zobaczył wystrzał. Biała para buchnęła dookoła samolotu, a z niej pomknęły dwie błękitne wiązki. Wbiły się w wieżę pośrodku jej wysokości. Eksplozja i syk doleciały chwilę później.

Wiązka trafiła w cel w głębi tarasu. Wieża wypluła wodę, parę, kamień, pył, chmary trocin i odłamków. Echo wybuchu poniosło się po okolicznych polach, a dron skierował się z powrotem do bazy. Działa obrony pozostały niewłączone.

Bento rozważał, czy nie udać się do ostrzelanego miejsca w poszukiwaniu artefaktów, ale uznał to za zbyt ryzykowne. Słusznie, bo zaraz wokół wieży zaczęły krążyć skrzydlate, podłużne pojazdy miejscowych. Bento uważał, że wyglądają jak skrzyżowanie ważki z wężem. Prawdopodobnie służby ratunkowe lub medycy.

Odwrócił się w kierunku zrujnowanych magazynów, z których przyszedł. Zorientował się, że coś się zmieniło, układ gruzu na podłodze albo pnączy na suficie tarasu. Zdjął rewolwer, odbezpieczył go, magazynek zaczął grzać się i jarzyć błękitem.

– Spokojnie, chojraku! – usłyszał głos z dziwnym, jakby wschodnim akcentem. Głos wyraźnie wydłużał ostatnie sylaby w słowach. – Jesteś najemnikiem?

Bento szybkimi ruchami gałek ocznych szukał właściciela głosu.

– Tu jestem – pomógł mu sam głos. Dochodził z góry.

Wielgachny wąż owijał się wokół pokruszonego filaru tarasu. Miał na sobie złachmanioną, oliwkową kurtkę, z której wystawało czworo ramion. Jedną z rąk przytrzymywał się filara, pozostałe uniósł w geście sugerującym pokojowe zamiary. Wąż miał brązową kościaną bródkę, wyszczerbione zęby i przetrącony róg wyrastający pionowo w górę znad nosa.

Bento schował broń.

– Nie jestem najemnikiem. Szukam artefaktów – wyjaśnił. – Trafiłem tutaj po śladach Prawdziwej Myśli.

Wąż powoli opuścił ręce. Jedną podrapał się po brodzie.

– Niewiele mi to mówi. Jestem szabrownikiem. Też szukam tego i tamtego. Wróciłem tu, jak wszyscy się wynieśli.

– Jesteś tutejszy?

– Jestem z ludu Naga. Wyklułem się niedaleko stąd. Chodziłem do szkoły świątynnej, o tam – wskazał palcem na rumowisko nad wodospadem.

Bento podszedł bliżej, rozejrzał się po ruinach. Rozpoznał magazyn, wcześniej budynki mieszkalne, teraz też świątynię. 

– To mała osada, bez schronów czy systemów obrony. No ale strzelają głównie w osady, magazyny ryżu, luminatory i centrale irygatorów. Mieszkańcy się wynoszą, więc piechocie jest łatwiej zająć teren. Tu raczej nie przyjdą, bo tu nawet nie ma jak stacjonować…

Wąż rozejrzał się, jakby spodziewał się wspomnianej piechoty za filarem.

– Kto do was strzela?

Wąż wyglądał, jakby ucieszyło go to pytanie. Ześlizgnął się po filarze, zatrzymał się, by zobaczyć, czy Bento znowu wyciąga broń, a gdy upewnił się, że jest bezpieczny, podpełzł w stronę zbieracza.

– Hou Zi. Zza północnej granicy. Chcą wybić naszych.

– Dlaczego?

– A, no oficjalnie dlatego, że nasi opracowali technologię budowy dział nadświetlnych. A nieoficjalnie, bo mają dużo słabszą ziemię niż my. Ledwo co tam rośnie. Dla nich podbój to być albo nie być.

– Mhm. Więc nie strzelacie tym swoim nadświetlnym działem z czystego współczucia…?

Naga potrzebował chwili, żeby załapać ironię. Potem wyszczerzył szczerbaty uśmiech, który w jego gadziej paszczy rozciągał się na całą szerokość łba. 

Bento szybko przekalkulował, że w tej iteracji świata nie ma prawdopodobnie żadnych innych sił politycznych, które mogłyby nałożyć na wężowatych sankcje za używanie broni masowego rażenia. Więc nie mieli żadnego powodu, by powstrzymywać się przed jej użyciem. Co z kolei wprost oznaczało, że takiego działa nie było, uderzenie prewencyjne to pretekst, a szczerbaty ma całkowitą rację.

– Czy wszystkie wasze osady wyglądają podobnie? – Bento rozejrzał się po zgliszczach.

Wąż poklepał się po brzuchu.

– Gdyby było inaczej, to nie byłbym taki chudy! – odpowiedział rozbawiony.

Bento spodziewał się, że wąż uważa go za konkurenta w zbieractwie i że kłamie, ale nie wyczuwał w nim fałszu. Wąż faktycznie wyglądał marnie i zdawało się, że poza wieżą dowodzenia większość osad opustoszała. 

Ocenił więc, że będzie musiał stanąć po stronie zwycięzców. Tam gdzie są ludzie i zasoby, tam generują się artefakty.

– Czas na mnie – rzucił Bento. – Pomyślnych poszukiwań.

Odwrócił się i ruszył w stronę filara z wydrążoną w środku klatką schodową. Nauczył się już, że takie klatki zwykle zawierają spiralne rampy, czasami wyposażone w stopnie umożliwiające zejścia na niższe poziomy. Typowe w iteracjach, gdzie dominuje architektura wertykalna.

Usłyszał gwałtowny szum liści za sobą i wiedział już, co to oznacza. Zdążył pożałować węża, ale nie docenił szybkości jego cielska. Wąż natarł z dużą szybkością na jego plecy, owinął ramiona wokół torsu i szyi, i sięgnął po rewolwer. Bento miał broń w ręce i poderwał ją, by umknąć dłoni napastnika, ale dał się zaskoczyć czwartej ręce. Poderwana dłoń z rewolwerem wsadziła broń prosto w nią. Naga w euforii nad własnym sukcesem ścisnął broń i wbił lufę w szyję zbieracza.

Bento sięgnął drugą dłonią do pasa. Odsłonił klawiaturę kieszonkowego terminala, przekręcił na pamięć kontroler i wcisnął. 

Przesunięcie zadziałało idealnie. W ciągu jednej sześciesiątej sekundy Bento zniknął z objęć węża i pojawił się o odległość równą 33,3% standardowej sekundy szerokości geograficznej dalej. Ramiona węża zacisnęły się wokół jego własnego torsu, a niewprawnie trzymany rewolwer wylądował pod jedną z lewych pach.

Przesunięcie sprawiło, że Bento znalazł się na ziemi, ale przekoziołkował i stanął na nogi, odwracając się do przeciwnika. Zobaczył rewolwer wciśnięty w ciało, przekręcił kontroler przy pasku i znowu wcisnął.

Magazynek wyrzucił obłok pary i broń wystrzeliła. Wąż syknął, wyrzucił rewolwer i zaczął z przerażenia podwijać ogon pod siebie. Strzał nie był śmiertelny, mógł uszkodzić staw ramienny i obojczyk, ale na pewno zszokował napastnika.

Bento podbiegł do leżącego rewolweru, podniósł go i wycelował w wijącego się węża.

– Jak masz na imię? – zapytał.

Naga w przypływie adrenaliny odzyskał czujność, powstrzymał wicie ogona i, ciężko dysząc, wbił spojrzenie w lufę broni.

– Skolotep.

– Przykro mi, Skolotep. Żegnaj.

Rewolwer wystrzelił. 

***

Dotarłszy na najniższy poziom, Bento skierował się na północ, w kierunku z którego przychodziło natarcie. Ukrył się w jaskini, z której roztaczał się dobry widok i postanowił przystanąć i obserwować.

Szybko zorientował się, że armia Hou Zi czyni szybkie postępy. Hou Zi byli niewielcy wzrostem, ale pokryci futrem, chudzi i ogoniaści. Przedstawiciele tego ludu mieli po trzy głowy, które zdawały nieustannie się ze sobą kłócić. 

Bento zrozumiał wówczas projekt używanych przez nich dronów – na obraz i podobieństwo.

Przyczajony u wejścia do osłoniętej bluszczem jaskini obserwował, jak piechota Hou Zi uwija się, by zbudować przyczółek na jednej ze zrujnowanych osad. Pierwsze, co uderzyło Bento, to hałas i liczebność trzygłowych. 

Drugie to ich – z braku lepszego słowa – strategia. Trzygłowi rzucali się na pola ryżowe i magazyny i niemal natychmiast wyjadali rosnące tam ziarna. Trzy mózgi mogły wzmagać metabolizm, ale Bento ocenił ich zachowanie jako celowe. Przejadanie zasobów na podbitych terenach sprawiało, że obrońcy nie mieli po co wracać i gdzie stacjonować.

Trzecia osobliwość to kontrast między standardem koszarowania a standardem uzbrojenia. Trzygłowi nie próbowali przystosować zajętej osady do zamieszkania, nie odtwarzali kanalizacji czy źródeł energii. Rozkładali się w prowizorycznych namiotach lub na kocach i załatwiali byle gdzie. Tymczasem ich broń budziła podziw zarówno poziomem zaawansowania technologicznego, jak i skalą posiadanych zasobów.

Hou Zi stawiali potężne generatory lumenowe zasilane kryształami emitującymi światło i ciepło, które wystarczyłoby małemu miasteczku. Generatory dawały energię kolosalnym pneumatycznym wyrzutniom, ładowały drony i dalekosiężne karabiny pulsacyjne. Przed całym tym arsenałem stawiano setki metrów zapór, czyli zasilanych lumenowo segmentów, które potrafiły wypuszczać wiązkę energii cieplnej, dosłownie palącej jakikolwiek pocisk lub pojazd, który by przez nie przeszedł.

Jeśli istotą twojego przetrwania jest podbój, broń jest twoją pierwszą potrzebą. 

Zbieracz oparł się o wyjście z jaskini, sprawdził diodę zasilania terminala na wszelki wypadek i wyciągnął kulkę ryżu zawiniętą w papier. 

Tej nocy miał być bliskim świadkiem możliwości arsenału Hou Zi.

***

Pokryty pomarańczowym futrem trzygłowy stanął w świetle rzucanym przez segmenty zapór. Patrzył na południe, w kierunku wieży dowodzenia. Futro gęstniało wokół jego karku i głowy, tworząc okazałą grzywę jak u lwa. Marynarka w ciemnobrązowym kolorze zapięta była na szereg guzików od pasa aż po szyję, a odznaczenia na ramionach i piersi sugerowały wysoką pozycję oraz tytuł generalski.

Generał oceniał, czy są wystarczająco blisko, by prędkość i skala ostrzału przełamały obronę powietrzną przeciwnika. Czuł, że może sobie pozwolić na wiele i że każdy, nawet najbardziej kosztowny ostrzał kruszy wolę i możliwości obrony. Zasoby były drugorzędną kwestią.

Generał odwrócił się w kierunku arsenału. Działa były obsadzone ludźmi. Widział po ich oczach, że są zmotywowani i gotowi do pracy, że energii nie zabraknie im choćby i przez całą noc. Skinął głową, by rozpocząć ostrzał.

Rozpoczęła się równomierna i bezlitosna symfonia. Lumenowe silniki skrzyły się w podrywanych dronach, rozgrzana woda w magazynkach bulgotała i z sykiem stykała z zimnym powietrzem nocy, zamieniając w parę wodną. Metalowe elementy gigantycznych luf tarły o siebie, gdy ładowano i zwalniano pociski balistyczne. Niebo wypełniały niestrudzone fajerwerki.

Obrońcy nie pozostali bezczynni. Wiązki energii cieplnej uniosły się pionowo wokół wieży, rozbijając nadlatujące pociski. Dwie floty mechanicznych ważek ruszyły na spotkanie z trzygłowymi dronami. W porównaniu do nich, manewrowały z gracją i zręcznością, sugerującą duże doświadczenie pilotujących. Mimo mniejszej skali uzbrojenia, obrońcy zdawali się zaprawieni w boju i dobrze przygotowani taktycznie.

To nie wszystko. Bento najpierw usłyszał, a potem zobaczył poruszenie na tyłach obozowiska Hou Zi. Wężowa dywersja, ukryta wśród ryżowych tarasów, ruszyła do ataku. Chronieni przez paropancerze wojownicy Naga najpierw ostrzelali tyły z muszkietów, a potem wpełzli między zszokowane niedobitki, by ciąć sejmitarami trzymanymi w dolnych ramionach.

Hou Zi wpadli w panikę. Chmara trzygłowych ruszyła w stronę dział lub na boki, w kierunku skał i zarośli. Tam też czekały na nich oddziały flankujące, bez broni parowej, ale wyposażone w kolczaste siatki i sejmitary. Liczono na pochwycenie jeńców na wymianę.

Jeden z trzygłowych przedarł się przez zasadzkę i biegł teraz w stronę jaskini, przy której przyczaił się Bento. Zbieracz skulił się. Jeśli nie musiał, nie chciał się angażować, ani tym bardziej korzystać z zasobów już nadszarpniętych potyczką ze Skolotepem. Trzygłowy mógł mu jednak nie pozostawić wyboru. Przygotował rewolwer.

Tymczasem generał, wspięty na wieżyczkę przy jednym z dział, zdołał zorientować się w sytuacji. Skierował kapitanów do uformowania obrony z piechoty nie obsługującej ostrzału i wylotu dronów. Naga również się przeformowały. Było ich znacznie mniej, więc flankujące oddziały zmieszały się z trzonem natarcia. Hou Zi utworzyli linie, które otaczały działa z trzech stron. Nie przerywano ostrzału.

Dezerter, który zbliżał się do Bento, przeskoczył przez głaz, najwyraźniej przez nikogo nie goniony. Spadł tuż obok miejsca, w którym przyczaił się zbieracz, teraz mierzący do niego z rewolweru. Zaskoczony trzygłowy spoglądał to na lufę, to na Bento, stojąc nieruchomo na ugiętych nogach. Powoli podniósł dłonie w geście poddania. Jedna z głów już otwierała usta, ale szybko zakryła je prawa dłoń.

Bento pokazał wolną ręką na rewolwer i noże, które trzygłowy miał przy sobie. Świeżo upieczony jeniec posłusznie rzucił noże pod nogi, wyrzucił kryształowy magazynek z rewolweru i oddał go pod nogi Bento.

Zbieracz skonfiskował broń i wskazał na głaz, na którym się krył.

– Siadaj. Jak się nazywasz?

Trzygłowy uniósł połowę swoich brwi. Z ulgą przyjął rolę jeńca, która miała polegać na ukryciu się za głazem i obserwowaniu przebiegu bitwy.

– Nazywam się Gokun – odpowiedziała jedna z głów.

– Siadaj, Gokun – ponaglił Bento. – Będziesz mi mówił, o co tu chodzi.

Tymczasem w obozie Hou Zi wyklarował się front. Naga zwarły szeregi, a Hou Zi zdążyły się uformować. Chaos zamienił się w regularną próbę sił. Efekt zasadzki szybko przestał działać i na prowadzenie wyszła czysta matematyka. Szturmujące liczniejszego przeciwnika Naga musiały się wycofać. Gdy Bento zaczął zastanawiać się, czemu miał służyć ten straceńczy podjazd, obozem wstrząsnęła eksplozja znacznie potężniejsza niż jakikolwiek wystrzał.

Oślepiający błysk i fala uderzeniowa zmiotły nawet ukrywających się Bento i Gokuna. Bento czuł, że ciśnienie jest tak duże, że nie może oddychać, a twarz i ciało smagały mu drobne kamyki i gałęzie. Miał w ustach piach. Blask wygasł, zostawiając jeszcze świetlny powidok na powiekach. W uszach piszczało. Wraz z Gokunem wygramolili się z powrotem na swój punkt widokowy.

Eksplozji uległ skład amunicji. W jego miejscu zionęła teraz dziura, od której w każdym kierunku utworzyła się korona ze zezłomowanych dział i dronów. Pociski balistyczne mają z reguły ładunki lumenowe – jeśli wywoła się eksplozję lub silnie przeciąży je dużą ilością energii, można doprowadzić do gigantycznej eksplozji.

Uszkodzonych było przynajmniej połowa dział, a także fragmenty tarczy. Żołnierze w bliskim promieniu eksplozji leżeli rozczłonkowani i powbijani w ziemię, kolejni leżeli ogłuszeni, niektórzy zdezorientowani usiłowali wstać. Bento odszukał wzrokiem generała. Otoczony powyginaną parotarczą, zbierał się z ziemi. Krew ciekła mu z jednego z czół, był poszarpany, ale cały.

Naga wykorzystały moment, by błyskawicznie się wycofać. Bento uznał, że to nie przypadek.

– Czy oni…?

– Tak – potwierdził natychmiast Gokun. – Podjazd był jedynie odwróceniem uwagi. Prawdziwym celem była dywersja. Kilku z nich musiało się przedrzeć i podłożyć ładunek albo jakoś zdestabilizować magazyn.

Bento nie uszła uwadze przenikliwość Gokuna.

– Straciliście magazyn. Powinniście się wycofać.

Gokun natychmiast zaprzeczył.

– Nie. Ich przewaga nie potrwa długo.

– Macie tu linię zaopatrzenia?

Gokun milczał przez chwilę, formułując myśli.

– Coś w tym rodzaju.

Wskazał na krater po wybuchu. Bento podciągnął się wyżej i spojrzał. 

Pośród pomruków poszkodowanych zaczął nagle wznosić się wszechobecny szum. Trudno było zlokalizować jego pochodzenie, był w ziemi, w drzewach dookoła, za plecami. 

Rósł, a wraz z nim ruch w podłożu. Wyglądało to, jakby pył gratwitował po ziemi w kierunku epicentrum eksplozji. Stróżki drobnych odłamków żelaza i szkła spływały z drzew i kamieni, i toczyły się po ziemi, zbierając w coraz większe strumienie. Z czasem do drobinek dołączały większe elementy. Strumienie porywały ze sobą odłamki pancerza, karoserię dronów, a nawet wielkie kawały rozerwanych ścian magazynu. 

Bento skulił się, gdy zza jego pleców wyłoniła się potężna płyta, rozerwana na kilka kawałków. Teraz samoczynnie wędrowała w kierunku obozu, tocząc się po ziemi. 

W momencie, gdy lumenowe kryształy nagle uwalniają energię, dezintegrują się niemal zupełnie. Dodanie nagle dużej energii kryształowi prowadzi do niekontrolowanej, gwałtownej reakcji, dlatego pozyskiwanie z nich energii w sposób kontrolowany, na przykład do ogrzewania, wprawiania w ruch silników czy do wystrzału z broni, wymaga skomplikowanej maszynerii. 

Ludzkość od wieków wie, że nawet tradycyjne przelewanie światła, czyli przekierowanie energii świetlnej z jednego kawałka kryształu do drugiego, choć nie niebezpieczne, wymaga pewnej ostrożności.

Kryształy, które wypełniały magazyn, dosłownie więc wyparowały w świetlistej, potężnej eksplozji. A jednak siła, która sprowadzała odłamki z powrotem do miejsca eksplozji, przyciągała i pozostałości kryształów. 

Bento zauważył błękitny, brokatowy deszcz, który spiralnym ruchem spływał tam, gdzie wcześniej stał magazyn. Był pewien, że Hou Zi, w tym generał, nie przeoczyli powrotu odłamków. Generał obserwował ruch szczątek dość beznamiętnie.

Krater po magazynie wypełniał się szczątkami w uporządkowany sposób. Każda cząsteczka znajdowała sobie miejsce, na którym przystawała w bezruchu. Brokatowy deszcz zbijał się w elementy wypełnionych światłem kryształów, a pył i gruz w podłogę i fundamenty magazynu. Porozbijane kawałki dronów i wyrzutni wracały na swoje miejsca. Odepchnięte siłą eksplozji maszyny z jękiem cofały się na swoje miejsca.

Bento obserwował, jak w dziurze po wybuchu piętrzą się kolejne metry magazynu, w którym układały się na powrót kryształy, pociski i broń. Po kilkunastu sekundach jedynym śladem po eksplozji były ciała trzygłowych.

Był zbieraczem. Nie angażował się w konflikty i nie stawał nawet po stronie tych, którzy mieli rację. Ale tym razem czuł na barkach ciężar zawodu, gdy patrzył, jak efekty błyskotliwej, ofiarnej szarży Naga znikają bez śladu.

– Co to za technolo… – odwrócił się do Gokuna i zamarł.

Trzygłowy celował w niego z jego własnej broni. Środkowa i lewa głowa wpatrywały się w niego intensywnie, jednej z nich z czoła ciekła krew. Prawa głowa zwisała nieprzytomnie. Do Bento dopiero teraz dotarło, że nie czuje przy pasku ciężaru broni. Trzygłowy musiał wykorzystać moment, kiedy obaj stracili równowagę w chwili eksplozji.

– Oho… – w głosie Bento słychać było rozczarowanie własną nieostrożnością.

Posłusznie uniósł ręce.

– Teraz ty będziesz moim jeńcem – zakomunikował Gokun, wyciągając wolną rękę po broń zbieracza.

Bento stał przez chwilę zwrócony plecami do obozowiska. Słyszał już start kolejnych dronów, słyszał ładowanie wyrzutni i syk stawianych ponownie tarcz. Za chwilę rozpocznie się ostrzał – z taką samą siłą jak przed atakiem Naga.

– Oddaj broń i to, co masz przy pasku, a ocalisz życie – oznajmił Gokun.

Bento usłuchał. Nie miał pojęcia, jakie konwencje obowiązują w tym świecie i czuł, że ma ogromne szczęście, trafiając na żołnierza, który nie odstrzelił cudzoziemca, gdy tylko miał okazję.

Najpierw rzucił trzygłowemu pod nogi noże i jego własną broń, którą zarekwirował kilka chwil wcześniej. Chciał w ten sposób dać sobie czas do namysłu. Jeśli straci terminal, nigdy się stąd nie wydostanie. Nie wolno mu przerwać zbiorów.

Nerwowo rozglądał się wokół, miał nadzieję, że jacyś maruderzy albo ukryci dywersanci chociaż na sekundę odwrócą uwagę Gokuna. 

Skulił się, gdy za plecami huknęła pierwsza salwa. Gokun stracił cierpliwość. Natarł na Bento, mierząc pistoletem prosto w czoło zbieracza i sięgając ręką w kierunku jego paska. 

I wtedy Bento to zobaczył.

Zaplątany w gałęzie, ostatni brakujący przedmiot z magazynu. Spowolnione balastem gałęzi, po ziemi toczyło się oprawione w ramkę zdjęcie. Miało podstawkę i musiało stać na którejś z magazynowych szafek. Tylko wyostrzona adrenalina pozwoliła Bento dostrzec, że zdjęcie przedstawia trzygłową młodą kobietę w sportowej bluzie i legginsach, uśmiechającą się w kierunku obiektywu. 

Dziewczyna magazyniera – poskładał błyskawicznie Bento.

Wyrzucił w powietrze lewą rękę, by wypchnąć lufę pistoletu z dala od swojej twarz. Usłyszał strzał i poczuł pieczenie w lewym policzku. Odruchowo skulił głowę i sięgnął po terminal. Zacisnął i oczy, i zęby, i natychmiast się wyprostował. 

Poczuł ból w potylicy, gdy jego czaszka natrafiła na żuchwę Gokuna. 

Zgrzytnęły zęby. Bento dopadł ręką do terminala, przekręcił pokrętło i z całych sił skoncentrował się na sunącym zdjęciu. 

Na jego współrzędnych lokalizacyjnych.

Bento nie wiedział, czy rzuci go w miejsce, w którym zdjęcie było, jest, czy dopiero ma być. Ale wiedział, że będzie to wystarczająco daleko.

***

Bento został otoczony kolorem niebieskim. 

Każdy punkt z 360 stopni dookoła niego był niebieski – nad nim, obok, pod nim. Bento mógł być w idealnym centrum kuli, ale nie mógł tego potwierdzić przez brak punktu odniesienia. Nie płynął w stanie nieważkości, tylko stał na niczym, otoczony błękitem.

Poruszył nogami i był przekonany, że idzie, chociaż nie mógłby powiedzieć, że jakiekolwiek podłoże daje mu opór.

Co więcej, nie potrafił powiedzieć, czy porusza się poziomo, czy idzie pod górkę.

Zakręcił się wokół własnej osi.

W jednym punkcie sfery, który mózg Bento zinterpretował jako „u góry po prawej stronie”, dostrzegł ciemnozielony element. Intencjonalnie zaczął poruszać się w jego stronę, stawiając w przestrzeni kolejne kroki.

Bento czuł, że to nie on się zbliża do kształtu, tylko kształt do niego, ale ulga z posiadania punktu odniesienia był wystarczająca.

Gdy kształt był wystarczająco blisko, Bento zidentyfikował go jako makietę. Obserwował z zewnątrz fragment dżungli pełnej wież składających się z ustawionych jeden na drugim tarasów ryżowych. Rozpoznał na szczycie jednego z nich bazę dowodzenia Naga. Poszukał wzrokiem miejsca, z którego uciekł, dostrzegł między drzewami obozowisko Hou Zi, pełne gigantycznych tarcz i potężnych dział.

I wtedy dostrzegł ruch.

Obozowisko wyprowadzało ostrzał, parodrony startowały i wracały na miejsce, zrzucając pociski na bazę lub były strącane przez ważkokoptery.

Bento widział dokładnie to, co obserwował będąc w środku – ale tym razem spoza, jakby patrzył na żywą mapę świata.

Trzymał w ręce oprawione w ramkę zdjęcie trzygłowej kobiety. Spojrzał na nie i przypomniał sobie jedną z dawnych, zawsze prawdziwych zasad.

Zakłócenia procesów odsłaniają drogi. By dostać się do BIOSu, przerwij restart urządzenia.

Wpatrując się w zdjęcie, wspomniał wszystkie chwile, kiedy znajomość zasad wpojonych w trakcie nauki ratowała mu życie – a przynajmniej zachowywała od szaleństwa w świecie niekończących się iteracji. 

Żadna iteracja nie jest prawdziwa. Każda jest mieszanką halucynacji robotów i interpretacji ludzi, strzępkiem wspomnień i emocji. Nikt nie wie od kiedy. Nikt nie wie dlaczego.

Trzymając zdjęcie, przypomniał sobie kolejną zasadę:

Każdy artefakt ma stronę użytkową i stronę wstydliwą. Ta druga nigdy nie jest opisana w dokumentacji.

Odwrócił zdjęcie. Zamiast rewersu ramki zobaczył swoją własną otwartą dłoń. Rewers nie istniał. Przedmiot miał dwa wymiary i jedną stronę. Schował go do wewnętrznej kieszeni kurtki. Spojrzał na makietę. Ostrzał trwał. Taras wokół bazy Naga płonął.

Rozprostował ręce i popłynął do tyłu. Makieta szybko zmalała aż do rozmiarów karki papieru. Wyglądała jak izometryczna mapa z ledwie widocznym ruchem. 

Bento ostrożnie sięgnął do krawędzi makiety. W BIOSie, Podświecie, czy jakkolwiek nazwać miejsce, w którym się znalazł, fizyczna odległość wydawała się abstrakcyjna. Im dalej od przedmiotu, tym łatwiejsze wydawało się sięgnięcie po niego. 

Poczuł opór kanciastych krawędzi makiety na palcach. Pomyślał, że wcale nie patrzy na trójwymiarową miniaturkę świata, tylko na mapę 2d, płaską na jeden piksel, zupełnie jak zdjęcie, które schował przed chwilą.

I odwrócił tę mapę na jej wstydliwą stronę.

***

Chłopiec siedział w ciemnym pomieszczeniu. Jego twarz oświetlały tylko dwa źródła – dający niebieskie światło, kulisty monitor i kolorowe diody na palcach jego rękawiczek. Długa, równo ścięta grzywka zachodziła mu na oczy. 

Chłopiec poruszał palcami, ustawiwszy dłonie po obu stronach kuli monitora. Gestykularne interfejsy były przez krótki czas popularne w którymś momencie historii.

Chłopiec był sam od zawsze. Skryte w cieniu elementy pokoju przypominały artefakty nastolatka – rama łóżka, fotel z zielonym tłem, półka z figurkami bohaterów, plakaty w ramkach – ale nikt nigdy tu nie przychodził i nikt stąd nigdy nie wychodził.

Aż do momentu, gdy w kodzie pojawiła się nowa, nieznana linijka. Skomplikowana, z elementami jakby innych języków programowania, samoczynnie zmieniająca miejsce. 

Intruz.

Potem zobaczył go wyrenderowanego poza mapą, w obszarze roboczym, do którego nikt nie ma wstępu. Obserwował go z niepokojem i czuł, że jest szukany, mimo iż niebieska bitmapa tła, niebo, chroniła go przed wykryciem.

Aż do momentu, w którym intruz odwrócił mapę i na ekranie pojawiła się wyrwa z ciemności.

Patrzyli sobie w oczy przez szczelinę martwych pikseli. Chłopiec i intruz. A potem intruz sięgnął do świecącego terminala przy swoim pasku i wszedł do pokoju.

***

– Jak masz na imię? – zapytał Bento.

Siedział na przeciwko chłopca wpatrzonego w kulisty monitor i poruszającego palcami wokół kuli. Chłopiec nosił rękawiczki ze świecącymi na palcach diodami. Bento widział, jak kolejne gesty edytują linijki kodu, obracają renderowanymi elementami świata, a także wywołują okienka podglądu kolejnych scen. Chłopiec obserwował wojnę, która cały czas trwała.

– Jak masz na imię? – powtórzył.

Czuł, że chłopiec go słyszy, ale ignoruje i to dość nerwowo. Bento spojrzał na monitor. Widział pokłady amunicji, które odnawiały się po każdym wystrzale oraz drony, które samoczynnie naprawiały się, gdy tylko lądowały na stanowiskach. Równolegle monitor wyświetlał jedyną konsolę z kodem. Pokazywała ona szczegółowo położenie i ilość broni, sprzętu i amunicji walczących stron.

Nerwowość chłopca rosła, a wraz z nią tempo regeneracji zasobów Hou Zi. Chłopiec wystukiwał kolejne linijki kodu, a amunicja zaczęła pojawiać się w chaotycznie dobranych miejscach. Bento zobaczył skrzynię z kryształami spadającą z nieba prosto na jedną z trzygłowych małp.

Zbieracz wziął głęboki oddech. Widział ten jeden, jedyny suwak, który obsługuje chłopiec i nie potrafił zrozumieć, dlaczego wybrał, by przesuwać go właśnie w tę stronę. Bento powoli wypuścił powietrze z ust.

– Dlaczego im pomagasz?

Chłopiec wzruszył ramionami, nie patrząc na zbieracza i powiedział:

– Jeśli nie oni, to wojna potrwa dłużej.

Bento spuścił wzrok, a potem wstał i rozejrzał się po pokoju. 

Pomieszczenie, mimo ciemności wydawało się sterylne, bez śmieci czy kurzu, pomimo całego wyposażenia. Między gadżetami na półce dostrzegł kartę, wsuniętą między figurki i książki. Była wytarta, zagięta na rogach, starsza niż reszta przedmiotów w pokoju. Nie pasowała do plakatów ani do sprzętu. Na plastiku, obok wyblakłego zdjęcia chłopca, widniał nadruk w kilku językach i jedno nazwisko, zapisane wyraźniej niż reszta: Haipa Kamui.

Wyglądało to jak karta azylowa. Taka, jaką dostaje się nie po to, żeby gdzieś być – tylko po to, żeby móc już nie wracać.

Za plecami chłopca zobaczył drzwi. Podszedł do nich. Chłopiec poderwał się na fotelu, ale nie spojrzał w jego stronę.

– Nie patrz tam. Nie otwieraj. Proszę.

– Dlaczego?

– Oni tam są. Czekają.

– Kto tam jest?

Haipa milczał przez chwilę, a potem ledwo słyszalnym szeptem odpowiedział:

– Martwe węże.

Trwali tak chwilę w milczeniu. Bento odwrócił się i spojrzał na zgarbione plecy przerażonego chłopca, który odnawiał amunicję trzygłowych tylko po to, by szybciej się skończyło. I być może po to, by pozbyć się martwych węży zza drzwi. Spojrzał na swój terminal. Bateria była na wyczerpaniu, raczej nie starczy na jakikolwiek dalszy skok. Cmoknął ustami.

– Martwe węże, co? Ciekawe, skąd się biorą.

Haipa napiął mięśnie karku. Chłopiec mógł być naiwny i spanikowany, ale ostatecznie nie głupi.

– To, co robisz, nie działa – zawyrokował pewnym siebie głosem Bento. – To, co robisz, może i skończy wojnę tam, ale wojna zbiera się za twoimi drzwiami.

Bento niemal wyczuł, że myśli chłopca idą w stronę karty azylowej. Haipa musiał wiedzieć, co oznacza wojna za drzwiami.

– Węże czekają na koniec tak samo jak ty, chociaż z innych powodów. Gdy nie będzie końca, nie będą miały na co czekać.

Bento nasłuchiwał zmian w oddechu Haipy, sprawdzając, czy trafił. Uznał, że tak. Podszedł do chłopca i kucnął przy nim. 

– Nie proponuję ci zwycięstwa, bo ono nie przyniesie ulgi. Napięcie już nigdy nie zniknie, ale będzie lepsze niż to czekanie. Wyrównaj szanse. Wyrównaj koszty. Po obu stronach.

Haipa słuchał go bardzo uważnie, choć bez odwracania wzroku.

– A może nie musisz już patrzeć. Nie musisz decydować. Ani nic przyspieszać. Ja mogę być operatorem równowagi, jeśli dasz mi dostęp do konsoli. Odpocznij. Zapomnij o wężach, Haipa.

Chłopiec pękł. Ścisnął zmęczone od wysiłku oczy, wszedł w okienko administracyjne i dał Bento dostępy. Zdarł z siebie rękawiczki, jakby parzyły, rzucił je na biurko i sam odskoczył od komputera, dysząc. 

Bento zajął jego miejsce. Ułożył rękawiczki i wciskał diody, jak przyciski na klawiaturze, bez ich zakładania.

– Słuszna decyzja, Haipa – pochwalił. – Ktoś to po prostu musi robić.

Zabrał się do pracy. W pierwszej kolejności znalazł swoją linijkę kodu i przykleił ją tam, gdzie znajdowały się zasoby stron. Od razu zregenerował sobie baterię w terminalu i odzyskał broń, którą zabrał mu Gokun. Żałował, że nie może zobaczyć jego min.

Haipa chyba chciał zaprotestować, ale wciąż był zszokowany. Powoli uspokajał oddech.

Następnie Bento zatrzymał wszystkie sekwencje, które regenerowały zasoby trzygłowych. 

Wizualizacja pokazała rosnącą panikę w ich szeregach. Operatorzy dronów kłócili się o to, dlaczego nagle maszyny przestają się naprawiać, a kapitanowie dział wrzeszczeli na podających amunicję, którzy rozkładali puste ręce. Znowu żałował, że nie widzi generała.

Skopiował fragment kodu na stronę Naga. Pożar w kilku obszarach ich bazy ustał, a w powietrze wzbiły się strącone niedawno ważkokoptery. Tyle wystarczy – pomyślał. 

– Haipa, wraz ze zniknięciem martwych węży, będziesz widział dużo napięć i będziesz niósł ciężar tej równowagi. Czasami będzie ci trudno. Teraz cię za to przepraszam, ale myślę, że kiedyś, gdy spojrzysz w przeszłość, zrozumiesz, że to najlepszy wybór, jaki mogłeś mieć.

Przekręcił terminalem na pasku, ustawiając odległe współrzędne.

Haipa zorientował się.

– Czekaj, jeśli migniesz stąd, to ujawnisz moją lokalizację.

Bento uśmiechnął się przepraszająco. Było już za późno, sygnał został uruchomiony. Zbieracz zniknął.

***

Generał zionął wściekłością. Cudowna broń, boskie rozmnożenie amunicji wyczerpało się i zniknęło tak szybko i niespodziewanie, jak się pojawiło.

Naga z kolei odzyskały inicjatywę, ustawiły pojazdy latające w szyku i przygotowały ostrzał generatorów tarcz.

Nad ich wieżą, na niebie pojawił się nowy element. Z początku generał myślał, że to dron, ale rósł szybko. Element okazał się kanciastą, rosnącą wyrwą, która urosła do rozmiarów jednej trzeciej nieba.

W wyrwie widać było kulisty ekran i przerażoną twarz chłopca. Chłopiec w panice zakładał świecące rękawiczki. Ekran wyświetlał dwie kolumny danych. Jedna pokazywała amunicję, stan uzbrojenia i zasosób Hou Zi, a druga te same dane dla Naga. Mimo ogromnej dysproporcji, liczby po stronie Hou Zi powoli malały. Liczby po stronie Naga sukcesywnie rosły.

Generał uniósł wszystkie trzy głowy jednocześnie i wskazał wyrwę w niebie. Cała furia wojny zmieniła kierunek. Gdy pierwsze pociski poleciały w stronę wyrwy, ważkokoptery Naga ustawiły się pod nią w ciasnym szyku, strącając ostrzał ręcznymi parooszczepami.

Drzwi za plecami Haipy pozostały nieruchome. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie czekało za nimi nic.